![]() |
|
visit: Blog zawiera treści o związkach homoseksualnych, a zatem jeśli nie są one zgodne z Twoimi poglądami, bądź religią, proszę - nie czytaj. I niestety, ku wielkiej rozpaczy autorki żaden z występujących tu bohaterów nie należy do niej, zatem nie ma do nich żadnych praw. *** czwartek, 28 sierpnia 2008, 22:31:29 # ScenariuszGatunek: angst Od autorki: takie rzeczy mogę stworzyć tylko z rozszarpanymi nerwami i w środku nocy. okrojone i miniaturowe. Świat pod moimi stopami załamał się tak nagle, gdy Ciebie zabrakło. W jednej chwili byłeś, a w następnej znikło Twoje dla mnie ciepło. Ostatnie słowa, te skierowane do mnie, nadal spędzają mi sen z powiek. W jednej krótkiej chwili, te czarne oczy zostały brutalnie pozbawione blasku. To ich wspólne przedstawienie dobiegło końca. Publiczność nie jest zaskoczona, nie rozległy się oklaski. To nie tak miało być. Ktoś podrzucił zły scenariusz, nauczyliśmy się nieodpowiednich kwestii. Ktoś pomieszał zapiski szalonego artysty – kreatora. Pomieszał też nasze wszystko, nasze nic. Tamten dzień miał być naszym pierwszym prawdziwym dniem naszego bycia razem. Śmieliśmy się, gdy zamiast klucza od Twojego mieszkania, dorobiliśmy ten do sali prób. W popielniczce, na niskim mahoniowym stoliku został Twój pospiesznie zgaszony papieros. Na kuchennym stole stała niedopita, stanowczo za słodka kawa, a przewrócona w pośpiechu gitara, wciąż leżała na podłodze w salonie. Swoje miejsce znalazły tam również nasze porozrzucane ubrania, których rano nie zdążyliśmy posprzątać. Spieszyliśmy się przecież… W granatowym samochodzie, stojącym teraz na pustym parkingu, została Twoja bluza. W schowku wciąż tkwi malinowy błyszczyk do ust – bo przecież zimą były popękane – i tomik jakiejś jeszcze nieprzeczytanej mangi. Wciąż czuć tam twoje cytrusowe perfumy. A ja wciąż każdego ranka obieram starannie pomarańczę, siedząc na tym drewnianym krześle, które tak lubiłeś. Obrany już owoc układam na talerzyku z brązowego szkła, z nadzieją, że sięgniesz po nią, jak każdego ranka. Niecałe pół godziny później sam sączę sok z wyciśniętej, jakby martwej pomarańczy, przypominając sobie smak Twych ust o poranku. Bo Twoja rola w moim życiu urwała się tak niespodziewanie. Na szarej tapicerce wciąż odznacza się plama Twojej krwi. W moim sercu jest wielka, pusta dziura w miejscu, które przeznaczone było tylko dla Ciebie. Na czarnym granicie, srebrną nicią wypisane są słowa, którymi mnie kiedyś uraczyłeś. Kiedy zniknę, zatonę w ciemności, wtedy nic Cię nie powstrzyma… W kuli z czarnego szkła pali się ostatnia świeca. Na pomniku leży ostatnia białą róża, a ja zmierzam tą trasą, którą Ty przypłaciłeś życiem. Nikt mnie nie zatrzyma, gdy skończy się mój scenariusz…
komentarze [4] czwartek, 24 lipica 2008, 17:23:22 # Bo przecież nigdzie się nie wybieramyDawno mnie tu nie było. I nie wracam w wielkim stylu. Wcale. To poniżej... Ponure i niezgrabne. Ale musiałam się jakoś pozbyć tego co kłębiło mi się w głowie. Ale nie udało się. 15 grudnia Nienawidzę tych dni, kiedy nie mogę Cię zobaczyć. Godziny wydłużają się wtedy tak niemiłosiernie, jakby trwały całymi latami. Brakuje mi nawet tych monotonnych prób, gdy słucham kojących dźwięków Twej gitary, patrząc jak nerwowo szarpiesz jej struny. Znikła ta delikatność… A przecież kiedyś opowiadałeś, że każdy instrument ma duszę. O tą duszę trzeba było dbać, traktować należycie. Czyżbyś znienawidził tą duszę…? Brakuje mi Ciebie, z czułością całującego moje dłonie, te blade, zmęczone od wielogodzinnego uderzania w struny. Tęsknię za tymi szeptami, cichymi wieczornymi obietnicami… Bo kiedy wszystko zamieniało się w gruz, Ty umiałeś chwycić mnie za rękę, przywrócić odwagę i pomóc poukładać pęknięte odłamki w zgrabną całość. Pamiętasz chociaż nasze miejsce? Mała drewniana ławeczka w parku, skryta gdzieś pośród drzew, czekająca na nas każdego wieczoru. Tam pierwszy raz powiedziałeś, że kochasz. Już nigdy nie wrócimy tam wspólnie. 20 grudnia Prosiłem, żebyś nie pisał. Błagałem, żebyś zapomniał. To już przeszłość, wiesz o tym. Tak wyszło, przepraszam. I nie proszę już o wybaczenie. Kiedyś miałem nadzieję, że będzie dobrze i jeszcze się ułoży. Myliłem się. A Ty naiwnie wierzyłeś w moje słowa i ufałeś… Nie wytrzymałem. Nie potrafiłem już dłużej Cię okłamywać i patrzeć na to, jak bez namysłu chłoniesz każde moje kłamstwo. Nie pisz, proszę. 22 grudnia Wiesz… Miałem nadzieję, że to będą nasze pierwsze wspólne święta. Nigdy ich nie lubiłem, przerażały mnie, tak jak coroczna samotność… Ale myśl o spędzeniu kilku dni tylko z Tobą sprawiała, że na mojej twarzy majaczył pogodny uśmiech. Byłeś przecież najpiękniejszym prezentem, jaki mogłem dostać od tego świata. Każdego dnia odpakowywałem Cię na nowo, delikatnie, żeby nie naruszyć Twego niemal boskiego piękna. Czasami tylko bałem się, ze ktoś mi ten ideał odbierze. Ale uspokajałeś swymi ramionami, oplatającymi mnie w pasie, ciepłotą Twej bliskości i kilkoma kojącymi zmartwienia słowami. Prędzej umrę niż odejdę… 30 grudnia Miałeś nie pisać. Rozumiem, że Cię to boli… Mnie też bolało przez pewien czas… Ale nie możesz o mnie wiecznie myśleć. Zapomnij, tak będzie lepiej. To nie wróci. Nie chcę, żeby wróciło. Pamiętaj, że jesteśmy, zawsze byliśmy i będziemy przyjaciółmi. Mogę pomóc Ci poukładać Twój świat na nowo – od tego są przyjaciele. Przepraszam, miałem Cię odwiedzić. Pewnie nawet nie wyściubiłeś nosa za drzwi w święta. Straszny z Ciebie samotnik. Przepraszam… Ale on znalazł Twój list. Nie mogłem. Gdybyś widział jego wzrok – pełen żalu – i oczy pełne łez. Myślał… Że wciąż Cię kocham. Nie pisz, proszę. Ostatni list wsunął w kieszeń jego czarnego płaszcza, wychodząc pospiesznie z sali prób. 8 grudnia Nowy Rok zacząłem myślą o Tobie. Nieprzerwanie siedzisz w kącie mej głowy, na stałe zająłeś sobie miejsce w moim nadszarpanym już mocno sercu. Nie kochasz? A ja wciąż kocham. Moja miłość zaczęła się bez Ciebie i tak się skończy. Nie będę już pisał, tak jak o to prosisz. Nie będę się naprzykrzał. Nie będę. Czytając mój list… Pewnie siedzisz na tym miękkim purpurowym fotelu w sypialni. Palisz nerwowo papierosa. Nie chcesz czytać dalej. Moje słowa są jak ostrze żyletki kaleczące Twoje serce. Ale czytasz, ciekawość popycha Cię w kolejne nieskładne wersy tego listu. Chcesz wiedzieć. Ale nie to, co chcę Ci przekazać. Pamiętasz jak rozmawialiśmy… Mówiłem, że moje życie bez Ciebie straciłoby sens. Zagubiłbym się przecież bez Ciebie, trzymającego mą dłoń w mocnym uścisku. Zagubiłem się teraz. Zatem do zobaczenia w nicości. Bo przecież nigdzie się nie wybieramy, nie my. A kiedy gitarzysta wbiegł do jego mieszkania, ciało chłopaka było równie zimne jak mroźne powietrze tego wieczoru, gdy się poznali.
komentarze [4] środa, 4 czerwca 2008, 19:26:40 # RomantycyParing: Aki/Mao Gatunek: obyczaj Od autorki: Moje trzecie podejście do tego paringu x__x Miniaturowa miniaturka. Basista siedzi na swoim łóżku z laptopem na kolanach. Niesforne pasmo czarnych włosów wciąż opada na jego czoło, a ona stale bezskutecznie próbuje odgarnąć je za ucho, by nie przeszkadzało. Mao przygryza leciutko wargę, wpatrując się w niego. Wzrok wokalisty pełen jest tego wszystkiego, co nazwać potrafi dopiero od krótkiego czasu. Uśmiecha się sam do siebie, przyciskając przycisk na klawiaturze swojego notebooka. Aki mruży oczy. Zaciekawiony wpatruje się w ekran. Po chwili jednak jego twarz przybiera całkiem naturalny wyraz. Żaden, nawet najdelikatniejszy grymas nie pojawia się na jego twarzy. Ale Mao wie wszystko, co chce wiedzieć. Oczy Mao podążają za dłońmi basisty. Zachwyca się jego długimi, szczupłymi palcami, którymi czarnowłosy delikatnie stuka w klawiaturę. Nawet w tej niepozornej, zwyczajnej czynności kryje się coś, co zachwyca jasnowłosego wokalistę. Ich wzrok spotyka się tylko na krótki moment. A ten moment nie trwa, jak piszą w większości powieści, całe wieki. To tylko sekunda, ulotna chwila. Patrzą na siebie dokładnie wtedy, gdy palce basisty naciskają jeden z klawiszy, a wiadomość zostaje wysłana. Mao uśmiecha się do siebie, odczytując ją. Układa dłonie na klawiaturze, pozwalając by jego palce ułożyły jedno słowo. Kocham. Bo oni nigdy nie byli romantykami. 02.04.2008
komentarze [4] sobota, 31 maja 2008, 16:35:28 # Bezczelny lider – czyli zmartwienia sfrustrowanego basisty.Paring: Kaoru/Toshiya [Dir en grey] Gatunek: tragikomedia (…? x_x) Od autorki: pozytywno-negatywna hybryda ze znerwicowanym basistą w roli głównej. i wiem, ze strasznie to wszystko skrzypi i trzeszczy, ale moja nerwica i nerwica mojego komputera nie pozwoliła mi sprawdzić dogłębnie błędów i niedociągnięć x__x Miałeś być, ale, cholera, nie ma Cię. Wzruszam ramionami i głupio poirytowany idę przed siebie. I mam wrażenie, że gdy patrzyłem na przejeżdżający tuż obok autobus, coś mi umknęło. Ale to nie jest ważne. Bo przecież, jeśli kochasz, to czekałbyś tu na mnie. Ech, co ja sobie w ogóle wmawiam? Mam ochotą trzasnąć Tobą o tą kamienną ścianę, obok której idę i dowiedzieć się, czy ładnie wyglądałbyś ze złamanym nosem. A wiesz dlaczego? Bo wściekam się niezmiernie, widząc te wszystkie obściskujące się pary! Bo przecież ja tak nie mogę, bo… cholera, dlaczego Ty nie mógłbyś być gejem? Ja wiem, że dużo wymagam, ale pomyśl ile to miałoby plusów! Dlaczego więc nawet nie odpędzasz się od dziewczyn, podczas gdy ja… Ja oczekuję chociażby odrobiny uwagi, czegoś ponad Hara, mógłbyś grać, a nie myśleć o niebieskich migdałach? I czemu, cholera, ja się zgodziłem? Ach, no tak: muszę wziąć z domu kilka rzeczy, nie dam rady sam. A ja, niczym ten durny basista, (bo przecież wszyscy uważają perkusistów i basistów za osobników co najmniej durnych) ucieszony zgodziłem się bez namysłu. A teraz… Cholera, nie mogłeś wziąć Die’a albo Kyo? Oni przynajmniej znają to idiotycznie miasto! Widzę jakiś tramwaj. Co mi szkodzi…? Wsiadam do niego bez zastanowienia, wręcz kipiąc ze złości. Dwa przystanki dalej – cóż za niespodzianka – cholerny kanar we własnej osobie. A ja nagle zdaję sobie sprawę z tego, że zapomniałem kupić biletu. Usiłuję niepostrzeżenie wymknąć się z tramwaju, ale zostaję brutalnie przytrzymany przez jakiegoś rosłego asystenta kanara. I w ten oto malowniczy sposób ląduję na komisariacie. Czy ja już mówiłem, że mam paskudnego pecha? Ty mnie nie chcesz, kasę zgubiłem, a komórka rozładowała mi się przed godziną… O, mają nawet telefon. Wybuchasz histerycznym śmiechem, widząc mnie skutego kajdankami, jak najgorszy przestępca w… W izbie wytrzeźwień! No tak, Panie Niikura bardzo, kurwa, śmieszne! Ale to wszystko przez Ciebie, parszywa gnido! I już mam ochotę wydrapać Ci oczy, chociaż marny to zamiar, bo mam skute dłonie. I nie próbuję tego zrobić tylko dla tego, że z tym swoim ciepłym uśmiechem stwierdzasz, że się o mnie martwiłeś. Przesłyszałem się może, bo… że niby Ty… o mnie? Płacisz moją karę i ciągniesz za rękę, wciąż się śmiejąc. W takich chwilach mam ochotę walić głową w ścianę. Twoja matka, podobnie jak Twój ojciec, jest przeraźliwie miła, więc kiedy lokuje mnie w pokoju naprzeciw Twojego, przelotnie zastanawiam się, w kogo masz ten nieutemperowany charakterek.. Coś mi podpowiada, że mały Kaoru rządził domem już jako niemowlę. Czy mi się zdaje, czy Twoja matka naprawdę uśmiechnęła się do mnie, zauważając jak wpatruję się w Twoje rozkołysane biodra? Niemożliwe. Zapłacisz za moje leczenie, jeśli nabawię się paranoi! Wymykam się więc z kuchni pod pretekstem zmęczenia podróżą. Och, ale oczywiście Ty musisz bezczelnie, jak na lidera przystało, wpychać nos w nie swoje sprawy? Ależ nie, nie martw się – stwierdzam, wypychając Cię z pokoju, niczym nastolatka obrażona o zakłócanie jej prywatności. Pół następnego dnia spędzam na wylegiwaniu się na Twoim łóżku, podczas gdy Ty przerzucasz zawartość szafy w poszukiwaniu czegoś bliżej nieokreślonego. Wiesz, trochę niewygodne masz te łóżko. Nie żebym narzekał, ale z Tobą byłoby z pewnością wygodniejsze. Jęknąłem boleśnie, czując jak rzucona niedbale gruba książka uderzyła mnie prosto w żebra. Czy ja wyglądam jakbym na pół etatu pracował jako worek treningowy?! Dobra, wiem, nie musisz odpowiadać. A Ty tylko chichoczesz rozbawiony, kiedy obrażony na resztę świata, masuję dłonią obolałe miejsce. Zobaczysz! Nie przyjdę na następną próbę, stwierdzając, że połamałeś mi żebra! Wieczorna kolacja? Kto w ogóle wymyślił, że rodzina powinna jadać razem? Zawsze uciekałem ze swoją kolacją do siebie, a teraz nie mam nic do powiedzenia. A na stwierdzenie, że boli mnie głowa, Twoja matka gotowa była zaopiekować się mną, jakbym był jej drugim synem. Nie, Totchi, spokojnie, ona traktuje Cię tylko, jak dobrego przyjaciela swego syna. Spokój, oddychaj. Policz do dziesięciu, tak jak mówią w filmach… Jakoś przeżyjesz… - Więc, Kaoru, znalazłeś już sobie kogoś? – pyta spokojnym tonem, zerkając na mnie wymownie. Nie, droga Pani Niikura, z całym szacunkiem, ale ja nie będę szukał mu żony! Kiwasz głową z uśmiechem. Więc zabrałeś mnie tutaj tylko po to, żeby oznajmić rodzicom, że bierzesz ślub? A ja pewnie mam teraz położyć Ci rękę na ramieniu i zacząć wychwalać Twoją narzeczoną? Pewnie jest piękną, długonogą brunetką o błyszczących, czekoladowych oczach. Niech Cię szlag trafi, jestem zazdrosny! Zdziwiony patrzę na to, jak usiłujesz chwycić moją dłoń w swoją. Zwariowałeś! Nie będę trzymał Cię dla otuchy za rączkę, słuchając opowieści o Twojej miłości! Miałeś odwagę mnie w to mieszać, to teraz mów o tej cholernej dziewczynie, powodzenia. Poirytowany drewnianymi pałeczkami ganiam, uciekający mi po talerzu groszek i chwalę zdolności kulinarne Twojej matki. - Toshiya, synku, cieszę się, że ci smakuje. – stwierdza Twoja matka z uśmiechem, a ja… Czy ja choć trochę przypominam Ciebie? Włosy nie te, zęby jakieś takie krzywe… Jak ona może nazywać mnie synkiem? Synek siedzi obok i… - No właśnie. Jesteśmy ze sobą szczęśliwi. – stwierdzasz głośno, obejmując mnie ramieniem. Słucham? Bezczelny! Jakie my? Jak już mówisz o tej swojej lafiryndzie, to przytulaj się do niej! O, a Twój ojciec przypatruje mi się z uwagą, jakby się nad czymś zastanawiał. Czuję się osaczony z Twoją ręką na moim barku i ciepłym oddechem, owiewającym szyję. Pokaż im jej zdjęcie i wyjeżdżajmy stąd jak najszybciej, bo zwariuję! I… I dlaczego Ty się tak paskudnie uśmiechasz?! - Udało mi się w końcu znaleźć radość mojego życia. – mruczysz tuż przy moim uchu, a ja czuję się paskudnie spięty, mam ochotę walić głową w stół z bezradności. – Bardzo kocham Toshiyę… Jak Ty w ogóle śmiesz mówić o niej przy mnie? I… Zaraz... Coś Ty powiedział?! Krztuszę się gwałtownie powietrzem, nie mogąc złapać oddechu. Patrzysz na mnie przerażony i nie bardzo wiedząc, co robić uderzasz mnie otwartą dłonią w plecy. Kasłając jeszcze, uciekam do pokoju. Że niby… Mnie…? Oddycham ciężko. Musiałem się przesłyszeć, z całą pewnością. Mam zbyt wybujałą wyobraźnie i teraz mi się to odpłaca. Pewnie ona ma na imię Toshiko… Tak, na pewno. Toshiya, idioto… - Totchi… Bezczelny! Teraz mnie wyśmiejesz, albo dasz mi po mordzie. Wyjadę stąd zmaltretowany psychicznie i fizycznie. Zabijesz mnie, tak? Już zmierzasz w moim kierunku… Ja to wiem! Ale nie. Siadasz obok mnie i uśmiechasz się ciepło. Tak ciepło, że moje serce uderza w piersi coraz szybciej, a ja mimowolnie kulę się na łóżku. To niemożliwe. - Uroczo zarumieniony Toshimasa Hara. – stwierdzasz złośliwie, ale na dnie Twego głosu czai się jakaś czułość. Niemożliwe! – Bo widzisz, ja wiem o wszystkim. Zrywam się nagle z łóżka. I już mam ochotę krzyczeć, i mam ochotę Cię uderzyć, zrobić cokolwiek, kiedy Twoja dłoń odnajduje moją, a wargi całują łapczywie. Wzdychasz w moje usta, gdy niecierpliwe palce suną po Twoich plecach, próbując zsunąć czarną koszulę. Opamiętujesz się jednak zaraz, zmuszając mnie do zawiedzionego jęku. - Rodzice są za ścianą, Totchi. Zajmiemy się tym w Tokio. – mruczysz rozbawiony, podchodząc do drzwi – Kocham cię. Bezczelny lider! Tak sobie po prostu wyjść i… że niby... Kochasz mnie, Kaoru?
komentarze [3] niedziela, 27 kwietnia 2008, 15:46:17 # Między dźwiękamiParing: Reita/Saga [the GazettE/alice nine.] Gatunek: obyczaj Od autorki: natchnął mnie metalowy festiwal [mwah! xD], świadomość, że na PSC chłopacy grali na jednej scenie i jedno zdjęcie. edit: nie wiem czy tylko mi się tak dzieje, ale na wielu blogach momentami nie wyświetla mi nowych szablonów itp. x_x Wpatrywał się w scenę nadzwyczaj zamyślony. W jego głowie brzmiały miękkie i przyjemne dźwięku basu. Ktoś zaśmiał się wprost do jego ucha, ale on z jakiegoś powodu zdawał się być nieobecny, skupiony tylko i wyłącznie na niskim brzmieniu wydobywającym się z pod szczupłych palców starszego basisty. Uśmiechał się sam do siebie – dźwięki basu zawsze budziły w nim dziwne ukojenie. A może, tak naprawdę, nie chodziło tylko o te miękkie brzmienie, które docierając do niego, roznosiło po jego ciele przyjemne dreszcze? Chociaż znał go od dawna, to w zasadzie nie wiedział o nim nic. Kilka przypadkowo zamienionych zdań i krótkie rozmowy – to wszystko co ich łączyło i nic, co zobowiązywałoby ich do czegokolwiek. Kilka razy nocowali w jednym hotelu, czy byli na tej samej imprezie, raz nawet wypili wspólnie po drinku – niewiele, bo wbrew pozorom tylko do tego zobowiązywała ich wspólna wytwórnia płytowa. Saga nie wiedział nic. A chciał wiedzieć. Kiedy mijał go czasem na korytarzu wytwórni, uśmiechał się do niego przyjaźnie, ale Reita szedł przed siebie przygarbiony nieznacznie, zamyślony i chyba nieco ponury. Raz zabrakło tej jednej ulotnej sekundy by rozumieli. Gdy minęli się, Saga obejrzał się za nim na chwilę. Tylko na moment, więc nie zobaczył, jak Reita przystaje na kilka sekund, zaciskając dłonie w pięści. On jednak się nie odwrócił. Saga pragnął czytać pomiędzy tymi dźwiękami. Chciał z melodii odczytać jego myśli. Zabawne – kiedyś nie umiał nawet czytać z nut, teraz nie potrafił zrozumieć głębszej treści, jaką niosły ze sobą dźwięki wygrywane przez basistę the GazettE. Reita grał drapieżnie. Mrużąc oczy wpatrywał się w swoją gitarę, palcami szarpał posłusznie ustępujące mu struny. A w jego spojrzeniu było coś dzikiego, gdy czuł na sobie natarczywy wzrok kogoś, kto patrzył w inny sposób niż robili to pozostali. A on starał się, by z jak największą uwagą skupiać się na znajdującym się w jego dłoniach basie. Czarna kostka wysunęła się z między jego placów nagle. Zgubił rytm, gdy dotarło do niego co się dzieje, rzucił Kai’owi przepraszające spojrzenie. Przebiegając palcami po strunach zbliżył się do statywu z mikrofonem i w krótkiej pauzie chwycił za dodatkowe piórko. Odwrócił się do perkusisty, chciał powiedzieć coś, przeprosić, ale właśnie wtedy zobaczył jego. Saga stał za kurtyną, dłonie mocno zaciskając na ciężkiej tkaninie zasłony. Ich wzrok spotkał się tylko na krótki moment. Młodszy schował się przed jego spojrzeniem i robiąc za sceną mnóstwo hałasu, przewrócił się o perkusję Nao, stojącą na platformie. Ktoś się roześmiał, ktoś wrzasnął na jego widok. A do niego nie do końca docierało, czemu właściwie wylądował między bębnami perkusji lidera. - Saga, co z tobą? – spytał ciepło perkusista usiłując podnieść go z podłogi. - Źle się poczułem. – wyjaśnił basista wymijająco, ruszając w stronę najbliższych drzwi. - Chodzi o niego? – zawołał za nim Nao, nawet nie oczekując odpowiedzi. Wiedział. Basista nie zareagował na ciche pukanie do drzwi hotelowego pokoju. Schował głowę pod poduszkę, licząc na to, że natrętny gość wkrótce ustąpi. Jęknął, słysząc ustępujące drzwi. Chciał chwili spokoju, jak idiota zapomniał zamknąć drzwi, a ktoś bezczelnie go odwiedzał. - Nie powiedziałem proszę. – mruknął niezbyt przyjaznym tonem, który miał za zadanie zniechęcić każdego, kto śmiał przeszkodzić w błogim użalaniu się nad sobą. Łóżko zaskrzypiało jednak pod ciężarem nieproszonego gościa. - Nie chciałem przeszkadzać. – basista wzdrygnął się na dźwięk znajomego, od dawna wytęsknionego głosu – Przepraszam. Saga poderwał się z łóżka, zrzucając na podłogę poduszkę i uderzając boleśnie o kant stojącego tuż obok stolika. Wpatrzony w niego, zachwiał się nieco. Reita siedział przygarbiony, nie mając odwagi na wypowiedzenie jakichkolwiek słów. Milczący, zamyślony, zupełnie jak wtedy, gdy mijali się bez słowa. Nie podniósł wzroku. Milczeli więc razem. Milczeli, nie mając odwagi na to, żeby odezwać się do siebie. Milczeli najbardziej niezrozumiałym milczeniem. Saga patrzył obserwował. Reita drżał delikatnie, jakby z zimna, wzbudzając w młodszym chęć przytulenia się do niego. Zegar tykał niemiłosiernie wolno, a z korytarza docierały do nich przytłumione głosy. - Chciałem spytać, czy macie ochotę z nami zagrać. – wymamrotał cicho Reita. – Zaimprowizujmy coś. Saga skinął głową niepewnie. Grać? Improwizować? Czy to miało jakiś głębszy sens? Może Reita chciał sprawdzić jego basowe umiejętności i skomentować je złośliwie? Gdyby powiedział nie to, czy Reita odebrałby to w sposób negatywny? A może ucieszyłby się, bo chłopacy zwyczajnie zmusili go, by tu przyszedł? Młodszy wymamrotał ciche tak, obserwując jak na krótki moment na twarzy Reity zagościł cień uśmiechu. Wzdrygnął się nieznacznie – zaczynał mieć już zwidy ze zmęczenia! - Zobaczymy się w kawiarni, dobrze? – zapytał basista, podnosząc się ciężko z łóżka. Saga uśmiechnął się sam do siebie na widok dwóch zespołów zgromadzonych w przytulnej hotelowej kawiarence. W przeciwległych kątach sali stały dwie perkusje, pod karminowoczerwonymi ścianami rozstawione były wzmacniacze i gitary. Shou wspólnie z Rukim rozbawiony pukał w mikrofon, a Tora i Aoi wymieniali uwagi, dotyczące tego, jakie drewno najlepsze jest do gitar, a ich rozmowa sugerowała, że najlepsze drewno to plastik. Reita skinął do niego, dłonią wskazując stojący pod ścianą bas. Jego bas. Biała gitara stała pod ścianą. Lśniła delikatnie przy świetle powieszonej na ścianie lampy. Saga przesunął wzrokiem po jasnym gryfie, zwieńczonym grubymi srebrnymi strunami. Zadrżał na myśl, że jeszcze kilka godzin temu dłonie Reity przesuwały się po gryfie basu, wydobywając z niego jakże czyste dźwięki. Tym razem Saga znów słuchał jego gry. Chciał zrozumieć jak najwięcej z języka urywanych majestatycznych dźwięków. Czytał też z jego oczu, z krótkich spojrzeń, jakie zawisały między nimi w chwilach ciszy. A Saga odpowiadał mu własną muzyką. Z pod jego palców wydostawały się dźwięki krótkie, pełne grozy i napięcia. Odpowiadał mu każdą nutą, cichym jękiem strun, każdą drobną pauzą i każdym przeciągłym spojrzeniem. A kiedy dochodziła północ i postanowili pożegnać się i rozstać, Reita trzymał jego dłoń w swojej odrobinę za długo. Świąteczna trasa dobiegała końca. Od czasu tamtego wieczoru nie zmieniło się nic. No może poza spojrzeniami, które stały się dłuższe, cieplejsze i bardziej zamyślone. Saga nie pytał o znaczenie tamtych dźwięków, Reita i tak zbywał go wymownym milczeniem. Milczeli więc razem. A dla pozostałych irytujące było obserwowanie podchodów dwójki niespecjalnie rozgarniętych i śmiałych idiotów. Zabawne było, jak unikali siebie, a złośliwy los pakował ich wprost w swoje ramiona. I gdyby nie zwyczajny przypadek dalej trwaliby w tym beznadziejnym stanie. A najzabawniejsze było to, że nic w tym przypadku nie było przypadkowe. Bo to nie prawda, że Uruha rozmawiał z Reitą tylko dlatego, że nagle zauważył. I prawdą nie jest fakt, że Hiroto nienaumyślnie wspomniał swojemu basiście, że Reita ostatnio zbyt często wodzi za nim wzrokiem. Nieprzypadkowo ktoś powiedział starszemu basiście, że mógłby częściej wymykać się z zacisza swego domu, czy hotelowego pokoju. Ktoś stwierdził, ze muzyka to nie wszystko, że potrzebna jest też osoba, ta jedna i jedyna, do której kierujemy główny sens tych splecionych ze sobą dźwięków, kogoś, kto zrozumie metafory ukryte gdzieś pomiędzy wersami. - Jesteś zmęczony? – spytał Reita, spoglądając na młodszego basistę, który właśnie zszedł ze sceny i pakował swój bas do futerały. Z ust Sagi wydostał się przeczący pomruk. Poruszył się niespokojnie z zamiarem opuszczenia pomieszczenia, gdy Reita chwycił go za rękę. Zatrzymał się w pół kroku, by zaraz spojrzeć starszemu w oczy, trochę przekornie próbując nie zatracić się w tym spojrzeniu, które teraz skupione było tylko na nim - Chciałbyś może… Chwila wytchnienia. Reita zaciągnął się powietrzem, powtarzając w myślach całą wymyślaną od godziny wypowiedź. Jeszcze moment patrzenia w oczy Sagi i układane w głowie zdania nagle ulotniły się, a na jego twarz wstąpił krwistoczerwony rumieniec. - Wyjdziesz gdzieś ze mną? – wymamrotał szybko, prawie niezrozumiale dla otępionego basisty alice nine. Saga milczał przez dłuższą chwilę, sprawiając, że Reita miał wrażenie, iż ktoś uwiesił na jego szyi wielotonowy ciężar w postaci głupiego zażenowania własnym zachowaniem. Otworzył usta z zamiarem wymruczenia jakichś nieskładnych przeprosin, gdy Saga bezceremonialnie wtulił się w jego ramię i pociągnął do wyjścia z pomieszczenia. - Możemy iść. Aoi mamrotał coś do siebie nadzwyczaj śpiący. Szedł przed siebie niespecjalnie szybko z racji tego, że jego cel znajdował się kilka metrów od pokoju, w którym spał. W głowie szumiało mu nieco od nadmiaru alkoholu poprzedniego wieczoru. Skończyła się trasa, zatem mogli zabawić się nieco dłużej niż zwykle. Gitarzysta za wszelką cenę pragnął zasnąć na kilka godzin, które z radością zamieniłby na kilka dni odsypiania długich, nocnych spacerów po nieznanych im miastach. Ktoś jednak skutecznie mu to utrudniał. Ich wspaniały basista, jakby na złość wszystkim zasadom ludzkiej moralności i zwykłego współczucia, odważył się grać na basie o tak wczesnej porze, jaką dla skacowanego Aoi’ego było południe. Zrzędzeniem losu dzieląca ich pokoje cienka ściana skutecznie utrudniała mu regenerujący sen. Jako, że Aoi słynął z kultury, nawet nie zapukał do drzwi przyjaciela. Bezczelnie wpakował się do pokoju w celu wykrzyczenia basiście tego i owego na temat jego porannych koncertów wątpliwej jakości. Z tropu zbił go widok półnagiego Sagi, siedzącego na łóżku i beztrosko grającego jakąś mało wyszukaną melodię. Czyżby nadmiar procentów namieszał mu w głowie i wprowadził w błąd? Bo może pokój Reity to ten naprzeciwko? A na basistę nie swojego zespołu krzyczeć nie wypada. - Uhm… Nie przeszkadzaj sobie… Graj dalej… Aoi zamknął za sobą drzwi, usiłując przeanalizować to co zobaczył. Ale to musiał być pokój Reity…! Skonsternowany po dłuższym namyśle ponownie wpadł do pokoju, tym razem po to, by zobaczyć jak okryty tylko białym ręcznikiem basista pochyla się i całuje Sagę łapczywie. Dopiero, gdy młodszy wsunął dłonie pod ręcznik, Aoi chrząknął znacząco. Saga rzucił się w kierunku basisty, widząc jak rzeczony kawałek materiału niebezpiecznie osuwa się z jego bioder. - Nie chciałem przeszkadzać. – wyszczerzył się do nich, czochrając swoje włosy zabawnie. Basiści milczeli, patrząc to na Aoi’ego, to na siebie. - A gdzie magiczne trzy bazy?! – wybuchnął nagle zawiedziony gitarzysta – Gdzie dziesięć randek?! Gdzie wasze kolejne beznadziejne podchody, podczas których Reita psuje każdą piosenkę, narażając się na tortury u lidera?! Aoi zaciągnął się powietrzem i zanim chłopacy zdążyli coś odpowiedzieć, wyszedł, teatralnie trzaskając drzwiami. Reita i Saga chwilę milczeli, po czym wybuchli histerycznym śmiechem. Śmieli się jeszcze między miękkimi dźwiękami ich basów, kiedy wspólnie usiłowali coś skomponować. Śmieli się też między krótkimi, urywanymi pocałunkami, gdy z nieumiejętnie skrywaną czułością pozbywali się swoich ubrań. Przykra sprawa - Aoi'emu nie udało się wyspać. 20-24.04.2008
komentarze [6] poniedziałek, 14 kwietnia 2008, 16:55:44 # DotykParing: Zero/Karyu [DéspairsRay] Gatunek: lemon/erotyk – jak wolicie xD Od autorki: Akurat chciałam komuś przyłożyć, gdy wpadł mi do głowy pomysł. Tą sprawę pozostawię więc bez komentarza xP Tekst całkiem świeży = lemon pisany na klasówce z polskiego, po tym jak napisałam stos bzdur na temat Kreona i dlaczego mógłby być wzorem dla współczesnych rządzących. Mój drugi życiowy skończony lemon. Powiem szczerze, że lubię pisać w takiej formie. Tylko pisanie w ten sposób lemona było dla mnie trochę dzikie xP a więc jeszcze na dodatek dedykacja dla Rajociaka, jako że moje kochanie skończyło 18 lat i jest już dorosła i może czytać takie rzeczy i może kupować wino xDD spóźnione o całe 5 dni, ale to już wina mojej panny Weny. ;* Dotknij. Sponiewieraj. Potraktuj, jak nic nie wartą zabawkę. Tylko o to proszę, a ty pozostajesz głuchy na moje prośby. Jak gdyby nigdy nic uśmiechasz się, pochylony nad swoim basem. A przecież ja nie żądam wiele. Nie oczekuję nawet wyznań o dozgonnej miłości! Nie widzisz tego zdesperowanego wzroku, gdy patrzę na ciebie, oczekując choćby odrobiny uwagi? Nieświadomy moich myśli pytasz czy coś mi jest, czy nie jestem przypadkiem chory. Ależ oczywiście. Jestem chory na ciebie, dopadło mnie nieobliczalne pragnienie i pożądanie. Wiesz, dlaczego struna w mojej gitarze pękła, gdy przyszedłeś na próbę? Wyglądałaś tak niesamowicie pociągająco z rozwianymi przez wiatr włosami, rozpiętą kurtką, zawiązanym niedbale długim szalikiem i lekkim rumieńcem zdobiącym twą twarz. Pragnę cię. Chcę, żebyś i ty mnie zapragnął. Wzruszam ramionami i znów patrzę. Nie trudzę się nawet, by ukrywać spojrzenia, jakie ci posyłam. Nawet Tsukasa to widzi. On milczy, natomiast Hizumi zakłada rękę na rękę i patrzy wrogo w moją stronę. Wie. Widzi w moim zachowaniu prowokację, gdy obrysowuję wargi palcem, a potem przesuwam dłoń wzdłuż klatki piersiowej. Nasz wokalista krzywi się nieznacznie i wychodzi z sali, trzaskając drzwiami. Tsukasa kręci głową zrezygnowany i szybko idzie za nim. Więc zostaliśmy sami, Zero. Zaciekawiony zerkasz na drzwi, będące źródłem hałasu. Czy zawsze musisz wyglądać tak prowokująco niewinnie? Pragnę ciebie nawet wtedy, gdy patrzysz na mnie tym niewiedzącym wyrazem twarzy. - Dziwnie się zachowujesz, Karyu. – mruczysz, pąkując swój bas do pokrowca. Ja zachowuję się dziwnie? Doprawdy, zabawne Zero, ale to ty jesteś tutaj jedynym, który zachowuje się dziwnie. Mógłbyś na przykład, jak normalny facet dać mi po pysku tak, żeby odechciało mi się tanich prowokacji. Mógłbyś też dotknąć mnie w taki sposób, bym uległ, stał się ci posłusznym każdym calem mojego ciała. Marszczysz czoło zabawnie i ruszasz w kierunku niedomkniętych drzwi. Zupełnie przypadkowo ocierasz się o mnie swoim ciałem, wywołując tym przyjemny dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa. Jak zahipnotyzowany odprowadzam cię wzrokiem, gdy idziesz wzdłuż holu. Stoję w miejscu jeszcze pół godziny po tym, jak znikasz mi z oczu. Na twojej twarzy maluje się niesamowite zdziwienie, gdy staję w drzwiach twego mieszkania. Nie spodziewałeś się mnie tutaj. Czujesz się spięty, gdy bez słowa oplatam cię ramionami. I wciąż nie wiesz, czego pragnę. Czy to będzie normalne, jeśli teraz wybuchnę histerycznym śmiechem? Nie robię jednak nic. Potrzebuję cię. Tak panicznie cię potrzebuję, ale ty musisz zapragnąć tego, czego pragnę ja. Zabawne. Czemu bez całego scenicznego image’u wyglądasz i zachowujesz się tak niewinnie? Mógłbyś to zmienić? Mógłbyś nie patrzeć na mnie zdezorientowany i nie próbować się wyrwać? Naprawdę, nie chcę przecież zrobić ci krzywdy. To ty tu rządzisz, kochanie. Dlatego też ustępuję, gdy otwartą dłonią uderzasz mnie w pierś, usiłując się wyrwać. Wzdychasz cicho, wpuszczając mnie do mieszkania. Przecież nawet nie chciałeś, żebym wszedł. Zapraszającym gestem wskazujesz na kuchnię. Chcesz to zrobić na stole? Doprawdy, Zero, nie podejrzewałem cię o taką bezpośredniość. - Nie musisz mnie poić alkoholem. – mruczę spokojnym głosem, spoglądając na to, jak do kryształowych szklanek wlewasz bursztynową ciecz. Nie wiedziałem, że przepadasz za drogimi alkoholami. – Wiesz przecież, że zrobię co zechcesz. Ignorujesz mnie. Tylko dłoń drży ci lekko, lecz na tyle mocno, byś upuścił butelkę alkoholu. Zanim zdążam prychnąć na to kpiąco, podrywasz mnie z krzesła za kołnierz, przyciskasz do ściany i mocno wpijasz w moje wargi. A teraz mnie dotknij. Dotknij i sponiewieraj. Wzdycham rozkosznie w twoje usta, gdy spragnionymi dłońmi rozpinasz moją koszulę i ciągniesz za rękę do sypialni. Do sypialni…? Popychasz mnie na lóżko, aby chwilę potem pozwolić, między pocałunkami napawać się widokiem twojego nagiego ciała. Uderzasz mnie w twarz, gdy chcę sięgnąć do paska u twoich spodni. Patrzysz w oczy wyzywająco. Właśnie takiego ciebie pragnę. Całujesz mnie. Między wargami czuję lekki, metaliczny posmak krwi. Z satysfakcją pozbywasz się moich spodni i bokserek, by pochylić się nade mną i zamknąć usta na mojej męskości. Wypycham biodra ponaglająco, gdy sadystycznie wolno pieścisz mnie językiem. - Poproś. – syczysz, zaciskając na mnie dłoń, nie pozwalając dojść. Boli… - Zero… - szepczę niskim głosem, przechodzącym nagle w bolesny jęk – Błagam… Pozwól mi… Dochodzę z głośnym jękiem, wijąc się całkowicie poddany twemu dotykowi. Moje ciało drży w spazmach przyjemności. Scałowuje z twych dłoni moje własne nasienie, gdy mrużąc oczy przesuwasz palcami po moich wargach. Właśnie takiego ciebie kocham, Zero. Nie pozwalasz odetchnąć ani sekundy za długo. Dajesz mi do rąk oliwkę i pozwalasz rozlać ją na twoim podnieceniu. Całujesz jeszcze w spierzchnięte wargi, aby chwilę potem przewrócić na brzuch i wsunąć się we mnie, wyrywając z mej piersi gardłowy jęk. Bierzesz mnie krótkimi, mocnymi pchnięciami, całując rozgrzaną skórę na plecach, wbijając boleśnie paznokcie w moje biodra i mrucząc słowa, o których używanie nigdy bym cię nie posądzał. A ja błagam, prosząc o każdy dotyk, o ciepło twego oddechu. Odpychasz moją dłoń, gdy chcę sięgnąć do własnej męskości. Pieścisz mnie brutalnie, a ja jęczę upokarzająco, błagając o mocniej i więcej. Dochodzę z twoim imieniem na ustach i twymi wargami, delikatnie całującymi policzek, jakby na przekór wcześniejszym brutalnym w swej rozkoszności pieszczotom. Opadasz na mnie, oddychając ciężko. Obracasz i przytulasz mocno do siebie. Kiedy budzę się, jest późny wieczór. Nie ma cię przy mnie. Mimowolnie czuję jakieś ukłucie żalu, gdzieś głęboko w sercu. Czyżbyś nie chciał na mnie patrzyć i dotykać? Nie mam ci tego za złe, tylko trochę mi żal. Mogło stać inaczej. Ale tak bardzo cię pragnąłem… Nawet nie wiedziałem, że… - Karyu, skończyła się herbata. – drgam zaskoczony, słysząc twój głos i słowa brzmiące tak zwyczajnie, tak codziennie i tak ciepło. – Jak chcesz to naleje ci whisky, ale do kanapek to tak trochę nie pasuje, więc może pójdziemy na zakupy? Mrugam oczami zaskoczony. Wielu rzeczy w życiu nie rozumiałem, ale to przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Uśmiechasz się delikatnie, pochylając nade mną. Przesuwasz palcami po moim policzku, a drugą dłonią szukasz mojej. Co to ma znaczyć? - Więc pójdziemy, kochanie? Tak. Tylko mnie dotknij, kochanie... 12-14.04.2008r.
komentarze [4] wtorek, 1 kwietnia 2008, 22:39:17 # PrezentParing: Toshiya/Die Gatunek: obyczaj Od autorki: urodzinowe. delikatnie spóźnione, ponieważ chociaż tak lubię geografię, to jednak na wbicie sobie do głowy gdzie znajduje się np. takie Liechtenstein musiałam trochę czasu poświęcić. a 31 lat temu, 31 marca urodziło moje basowe natchnienie ^_^ Kocham go. Ale skoro już siedzę nad tym cholernym rachunkiem sumienia, więc zacznę od początku. Człowiek znany często pozostaje zamknięty na pewne sprawy. Łatwo jest pogubić się w swoich uczuciach i tym, co inni mają z nimi wspólnego. Zaufanie wywiera na to całkiem pokaźny wpływ. Nie łatwo wiązać się z kimś, nie będąc całkowicie pewnym zamiarów tej osoby. Zawsze gdzieś w sercu tli się strach, że tej osobie nie zależy tak bardzo na tobie, jak na pieniądzach i sławie. To błędne koło. Stąd właśnie wzięła się u mnie niechęć do wszelkich związków z niedawno poznanymi kobietami. Nie wiadomo czego tak naprawdę oczekiwały. Ostatnia zdradziła mnie z Kaoru, gdy ten był zbyt pijany, żeby jej odmówić. Przestałem więc szukać. Ale co z tego? Przeraziłem się, gdy pewnego dnia zauważyłem, że myślę o nim nadzwyczaj często. I to nie w sposób, w jaki myśli się o zwykłym przyjacielu. Minęły już nawet czasy fan service, kiedy to mogłem bezkarnie przytulić się do niego na koncercie, wywołując u fanek podniecone piski. Ale to kiedyś nie miało żadnego specjalnego znaczenia. Kiedyś tęskne spojrzenia wywoływały burzę wśród dziewcząt zgromadzonych pod sceną, ale nie wśród nas. Szkoda, że tak już nie zostało. Rozczula mnie jego śmiech, choć zazwyczaj brzmi dość komicznie. Lubię, kiedy w kiepskim humorze przychodzi do mnie z kilkom piwami… Ale wtedy tylko cudem powstrzymuję się przed wyznaniem mu tego wszystkiego. Zaakceptowałem to, że go kocham. Tylko jak idiota nie potrafię tego wprost powiedzieć. Przecież mnie nie zagryzie. Och, co najwyżej zerwie ze mną wszelkie kontakty i będzie unikał, jak ognia. Niewiele, prawda? A właśnie tego się boję. Nie chcę stracić go jako przyjaciela. Bo na miłość z jego strony nie śmiem liczyć. O ile wiem, jest z Yuriko i wydaje się być szczęśliwy. Przecież nie mogę tego zniszczyć. A jeśli się kogoś kocha, to pragnie się szczęścia tej osoby. Nawet jeśli to skazuje ciebie na bycie nieszczęśliwym. Nikt nawet nie wie. Chociaż chciałem się przyznać przed moimi rodzicami. Bo może z nimi powinienem być szczery. Pewnego wieczoru, tuż po powrocie z trasy, zaprosili mnie na obiad. Właściwie sam się wprosiłem, chcąc porozmawiać. Ojciec zawsze ogląda wiadomości przy obiedzie. Nie przepadam za tym jego przyzwyczajeniem. Rozmowy o polityce, czy kolejnych katastrofach lotniczych nie umilają posiłku. Gdy byłem młodszy, często sprzeczaliśmy się właśnie wtedy, bo nasze poglądy w wielu sprawach różnią się dość znacznie. Tego wieczoru ojciec również oglądał wiadomości. Mówili coś o manifestacjach homoseksualistów, tłumionych przez władzę. Nie słuchałem. Nie interesowało mnie to, nie jestem na tyle pewny siebie, by ogłaszać przed wszystkimi, co i jak czuję. - Mężczyzna z mężczyzną. Przecież to obrzydliwe! – skomentował, a ja poczułem jak mój żołądek wywraca się o jakieś sto osiemdziesiąt stopni, a srebrny widelec tylko cudem nie wypadł z mojej dłoni. Wyszedłem wtedy szybko, tłumacząc się nieskończoną piosenką i wizytą w studiu. Chyba zauważyli. Tego wieczoru nie wróciłem do siebie. Idąc ulicą nagle zdałem sobie sprawę, że jestem tuż pod budynkiem, w którym mieszkał Kaoru. Poszedłem więc do niego. A on cierpliwie wysłuchał mojego płaczu. Nie spytał nawet o powód, za co jestem mu szczerze wdzięczny. Pewnie wyśpiewałbym mu wszystko. Podał mi tylko kubek gorącej czekolady i kiedy nie mogłem zasnąć – pozwolił spać w swoim łóżku. Pamiętam jeszcze to zdziwienie na twarzy Die’a, gdy przyszedł po lidera przed próbą. I nie wiem, czy Kaoru coś mu naopowiadał, ale Die od tego czasu jest dla mnie chłodny, jak nigdy. Dziś są moje urodziny. Wznoszące się nad horyzontem słońce zbudziło mnie zaledwie kilka minut temu. Jest zimno. Czuję dreszcze na całym ciele. Wszystko za sprawą okna, które musiałem nieopatrznie zostawić otwarte na całą noc. Okrywam ciało ciepłym kocem i wstaje by je zamknąć. Jest południe, a ja nikogo się nie spodziewam. Nie, wcale nie zerwałem kontaktu z chłopakami. Nie mam nawet żadnego załamania nerwowego. Ja po prostu wiem, ze teraz każdy z nas jest zajęty swoimi sprawami, które przecież podczas trasy musieliśmy zaniechać. Wiem też, że pamiętają. A ten fakt wydaje mi się ważniejszy od góry prezentów i imprezy z gośćmi, których połowy nawet bym nie znał. Prawdopodobnie pierwszy zadzwoni Kaoru. Pozostali jeszcze odsypiają bezsenne noce z trasy. Coś gdzieś dzwoni. Patrzę za szklaną okienną szybę, doszukując się tam źródła dźwięku. Czyżby ktoś wymyślił nowy dźwięk klaksonu samochodowego? Jednak nie - z korytarza dobiega mnie ciche pukanie. Któż to może być? Listonosz? Jakiś uporczywy akwizytor? A może sąsiadka z dołu, której wczorajszego wieczoru przeszkadzała zbyt głośna muzyka? Nie, ona pukałaby głośniej. Moim oczom ukazuje się mój senny koszmar. Daisuke we własnej osobie. Co prawda z dłońmi zaciśniętymi w pięści i trochę zbyt poważną miną, która nie pasuje do rozczochranej grzywki oraz w połowie zapiętej kurtki, ale to wciąż on, ten sam Die. - Chcę porozmawiać. – stwierdza nieznoszącym sprzeciwu tonem. To do niego raczej nie podobne. - Nie chcę dziś rozmawiać, Die. – odpowiadam, zamykając za nim drzwi i spoglądając jak idzie do salonu. - Porozmawiasz ze mną. Kręcę głową. Nie dziś. Nie wtedy, kiedy nie czuję się najlepiej, a on brzmi, jakbym coś mu zrobił. Zapomniał. - Nie wiedziałem, że jesteś gejem. Nie wiedziałem, że jesteś z Kaoru. Mam ochotę walić głową w ścianę i śmiać się wniebogłosy jednocześnie. Gdybym był z Kaoru, to pewnie nie siedziałbym teraz w tych czterech ścianach, wysłuchując jego kazania... I nie, nie będę słuchać jego moralizatorskich teorii. A czy on przypadkiem nie mógł znaleźć innego terminu na rozmowę na ten temat? - Nie jestem z Kaoru. – odpowiadam chłodnym tonem, widząc jak Die wzdryga się nieznacznie. - Przecież widziałem… - Nic nie widziałeś. Niesamowite, że nagle stałem się dla niego tak chłodny. Ale to tylko nieszczera powłoka, jaką na siebie narzuciłem. Tylko po to, by nagle nie zrobić się zbyt wylewnym i w przypływie nadmiernej szczerości wykrzyczeć mu w twarz to wszystko co ciąży mi na duszy od dłuższego czasu. - Przepraszam. – mówi cicho, a na którejś sylabie głos łamie mu się nieznacznie. – Dziękuję za gitarę, Toshiya. Patrzę na niego zaskoczony. - Tą gitarę, którą dostałem na urodziny. – tłumaczy, skrywając twarz w dłoniach – To miłe z twojej strony… - Skąd wiesz, że… Die wzdycha tylko cicho, a ja mimowolnie milknę, czekając na to aż powie coś więcej. Tylko trochę mi żal, że wdzięk i umiejętność wymuszania czegoś z ludzi siłą prawdopodobnie ułatwiła mu poznanie nazwiska osoby, która wysłała gitarę. Tylko dlaczego mówi o tym dopiero teraz? Minęły ponad trzy miesiące. - Kocham cię. – szepcze Die tak cicho, że gdyby nie głucha cisza panująca w mieszkaniu, nie byłbym w stanie tego usłyszeć. Pęk kluczy trzymanych przeze mnie w dłoniach z głuchym trzaskiem uderza o podłogę, gdy przyciągam go do siebie i całuje łapczywie. Pierwszy raz kochamy się na miękkim jasnym dywanie w salonie, zbyt spragnieni, by trafić do salonu. Uczymy się własnych ciał delikatnie, uważnie, ale i trochę nieporadnie. Staramy się poznać nasze wrażliwe punkty jeszcze zanim obezwładniająca umysł przyjemność zasłoni wszystkie myśli. Są też słowa, ciche wyznania scałowywane z spierzchniętych warg, ciche westchnienia i pełne pożądania jęki. A potem jest już tylko rozkosz łącząca dwa scalone w jedność ciała. Die wtula się we mnie zmęczony. Jego oddech powoli uspokaja się, gdy palcami przesuwam po zarumienionym policzku, obrysowując delikatnie malinowe wargi. W całym tym geście kryje się tyle czułości i subtelności, na ile tylko potrafię sobie pozwolić, patrząc w błyszczące ciepło oczy mojego gitarzysty. I nie pytam co dalej. Chcę, żeby ta chwila trwała wiecznie, naginając niespiesznie czasoprzestrzeń, pozwalając by sekundy trwały niewyobrażalnie długo. Irytuje mnie jednak fakt, że Die nagle podnosi się i chwyta za swoje spodnie. Nie, nie pozwolę mu tak po prostu wyjść bez słowa. Zostanie tu. Oplatam go w pasie, nie pozwalając na ucieczkę. Chcę coś powiedzieć, ale on mnie wyprzedza: - Właściwie chciałem dać ci tylko prezent… - mruczy szalenie pociągającym i ociekającym erotyzmem głosem. - Dostałem już prezent. – szepczę mu do ucha w odpowiedzi. – Dostałem ciebie. - Ale chyba nie pogardzisz… - mruży oczy delikatnie, wykrzywiając usta w ciepłym uśmiechu – Nie pogardzisz tym modelem basu, nad którym rozpływałeś się jakiś czas temu? A tak w ogóle to mógłbyś się ubrać, bo chłopaki powinni wpaść za jakieś pół godziny. Za wybrakowaną pamięć też go kocham.
komentarze [4] sobota, 22 marca 2008, 17:15:49 # AntyharmoniaBohaterowie: Dir En Grey Gatunek: obyczaj Od autorki: dziwne jest to coś. jakiś taki nieudany eksperyment. dziwna próba złapania kontrastu i zrobienia czegoś, za czym od dawna nie przepadam – nadania jednemu z bohaterów moich własnych cechy. jeśli ktoś wie, która to postać to - no cóż – gratuluję. Albo tak dobrze mnie zna albo ma odpowiednio wysoką zdolność dedukcji. z dedykacją dla Rajociaka i Agatki – moich kochanych słoneczek, bez których dzień nie byłby dniem, a noc… a noc nie byłaby nocą ^^. właściwie przecież przeciwieństwa się przyciągają, co nie? bez życzeń świątecznych. za to z życzeniem, żeby przyszedł po was mroczny króliczek o masochistyczno-sadystycznych zapędach. Cyfra pięć. Harmonia. Równowaga. Symbol potęgi ludzkiego życia. Podobno nawet szczęście jest blisko, gdy pojawia się ta cyfra. Zabawnym pozostaje więc fakt, że piątka osób o tak diametralnie różnych osobowościach potrafi, potrafi coś wspólnie stworzyć i trwać razem w harmonijnej całości. A może taki układ nie stanowi harmonii? Shinya - Toshiya, pomożesz mi. – stwierdza chłodno perkusista, uśmiechając się do samego siebie. - Pomogę… Ekhm… Zwariowałeś?! Jest północ! – irytuje się basista, krzycząc do telefonu. - Ależ przestań. Wiem, że nie śpisz. Basista milknie, przygryzając nerwowo wargę. - Gdyby nie Kaoru, to ty byłbyś liderem… - krzywi twarz w ponurym grymasie, odkładając na półkę czytaną wcześniej książkę. - Chociaż wcale nie podobasz mi się w takiej roli. - Wiem. Bądź u mnie za pół godziny. Weź gitarę, twój bas jest u mnie. I kiedy Toshiya zjawia się zaledwie dwadzieścia minut później, mówi coś zdenerwowanym tonem, Shinya ucisza go jednym przenikliwym spojrzeniem. Prowadzi go do salonu i wręcza plik zapisanych drobnymi nutami kartek. - Ale nic by się nie stało, gdybyśmy skończyli to w czwartek… - mruczy niewinnie basista, przyglądając się nutom. - Wczoraj chwaliłeś się liderowi, że napisałeś piosenkę. A ty nawet nie zacząłeś, prawda? Totchi chichocze nerwowo. - Zagraj mi to, co jest zaznaczone na czerwono. Twoja solówka. Toshiya zaczyna grać, trochę cicho i całkiem niechętnie. Pod nosem złorzeczy na perkusistę, a ten tylko uśmiecha się kpiąco. - Ładnie. – stwierdza, gdy bas bruneta cichnie całkowicie – Wiedziałem, że zagrasz to tak, jak sobie wyobrażałem. Basista wzdycha cicho, zastanawiając się, po co był mu w ogóle potrzebny, skoro utwór i tak był już skończony i najprawdopodobniej idealny. - Dziękuję, że jesteś, Toshiya. – Shinya uśmiecha się ciepło – Przejrzysz linię gitar? Nie jestem pewien czy wszystko brzmi tak jak powinno. I zaraz pokażę ci plik na komputerze. - Jasne. – odpowiada cicho basista, opierając głowę na jego ramieniu. Kyo Warczy coś pod nosem, gdy budzi go przenikliwy dźwięk budzika. Urządzenie milknie po chwili za sprawą brutalnego zderzenia z równoległą ścianą. Jest godzina siódma rano, gdy wokalista zastyga wpatrzony w zielonkawy sufit, odczuwając problem z ponownym zaśnięciem. A nigdy przecież z tym problemów nie miał. Nie reaguje na irytujący dzwonek telefonu, prawdopodobnie oznajmiający poranną wiadomość od lidera. W końcu jednak chwyta za komórkę. Jak zwykle w takich sytuacjach, okazuje się, że to tylko bezczelna wiadomość od operatora na temat niskiego stanu konta. I chociaż ma tyle czasu, to spędza je na inspirującym wpatrywaniu się w sufit nad sobą, a dwie godziny później w pośpiechu wrzuca do plecaka pogrezdany zeszyt z efektami jego pracy. Na dodatek tymi marnymi efektami. Wpada do sali prób przemoknięty i zdenerwowany. Zrzuca z siebie pospiesznie mokrą kurtkę, a nienaturalnie ciężki plecak rzuca koło kanapy, pod nogi Die’a. Jego wzrok napotyka wzrok lidera, który również na specjalnie zadowolonego nie wygląda. - Miałem zły humor. – mruczy, wyciągając z plecaka czarny notatnik i podając go przyjacielowi. Lider kiwa głową. Rozumie. Wie, że po tym iście samobójczym nastroju, Kyo znów zadowolony z siebie dostarczy mu gruby plik kartek zapisanych jego tekstami. Wokalista tworzył właśnie w taki sposób. Kaoru wybiera jakiś tekst ze środka zeszytu. Uśmiecha się w ten swój dziwny sposób i stwierdza, że jest dobry. Taki na jaki czekał, taki, do którego ma już wprost idealną melodię. A Kyo słysząc pierwsze takty, rozumie dlaczego padło na ten tekst. Kiedy śpiewa, wpatrując się w niedbale wyrwaną z zeszytu kartkę, wydaje się jakby dryfował gdzieś na granicy dwóch światów. Istnieje tylko on, dźwięcząca dookoła muzyka i tekst, chociaż czytany, to płynący głęboko z jego serca. Upada na kolana bez sił. Jego ciałem wstrząsa szloch, drży, szepcze coś bezładnie. Die zaciska dłonie na strunach, Kaoru myli takty burząc jednocześnie cały misternie wypracowany rytm, sprawiający, że bas i perkusja milkną nagle. Czerwonowłosy wzdycha cicho, odkładając gitarę. Obejmuje Kyo ramieniem, unosi leciutko jego podbródek, by spojrzeć w zaczerwienione oczy przyjaciela. - Co jest? – pyta spokojnie Kaoru, podając mu kubek mocnej kawy. - Nic. – ucina Kyo niezbyt przyjaznym tonem, krzywiąc twarz w paskudnym grymasie. Toshiya kręci głową zrezygnowany i siada obok niego. Bacznie przygląda się wokaliście. Kyo wbija wzrok w powierzchnię kawy, dobrze wiedząc, że pozostali patrzą właśnie na niego. - Mógłbyś się częściej uśmiechać. – wzdycha Totchi – Wolę ciebie bez tego twórczego nastroju. Na twarz Kyo wypełza niespodziewanie szeroki uśmiech. I chociaż w jego oczach nadal błyszczą łzy, to rzucając ukradkowe spojrzenie Kaoru, wokalista czuje dziwny przypływ pozytywnej energii. - A podjąłbyś się pisania naszych tekstów? Toshiya - Mógłbyś się może tak delikatnie pospieszyć? – warczy basista, spoglądając krzywo na Die’a – Zaraz mam randkę, idioto. Czerwonowłosy wyszedł z przymierzalni, prezentując się mu w eksponujących jego zgrabne nogi obcisłych jeansach i czarnej koszuli z kołnierzem. Totchi wpycha go jednak ponownie do pomieszczenia, stwierdzając, ze jest świetnie, wręcz zajebiście, napominając też coś o idealnie zgrabnym tyłku i o tym, że niestety, ale muszą już iść. Kiedy podążają wzdłuż holu galerii handlowej, Toshiya zatrzymuje się nagle, wyraźnie czymś zafascynowany. Ciągnie Die’a za ramię w kierunku szklanej witryny. - Patrz. – wzdycha na widok ciemnowłosej dziewczyny, trzymającej w dłoniach jakąś wybitnie jaskrawą bluzkę i kłócącej się ze sprzedawczynią. – Die… - To damska bluzka, debilu. – komentuje gitarzysta, bezskutecznie usiłując pociągnąć go w stronę ruchomych schodów. - Nie bluzka, kretynie! Ona… - Mówiłeś, że masz randkę. - Jak kocha, to poczeka. – syczy Toshiya, a w jego oczach pojawia się nadnaturalny błysk. – Muszę mieć jej numer. Daisuke mruczy coś wyraźnie niezadowolony. Zasłania oczy dłońmi, zastanawiając się, czemu nie poprosił Shinyi o pomoc w zakupach. Kilka minut później wybucha śmiechem na widok spochmurniałego basisty, trzymającego rękę na obolałym policzku. - No to ładnie cię urządziła. – stwierdza Die złośliwym tonem. Basista obrzuca go morderczym spojrzeniem i wyciąga z kieszeni telefon, który z całą pewnością nie należał do niego. - Jesteś chory. – powtarza Die kilkukrotnie, jakby z nadzieją, że dotrze to do ich basisty. Mówi to jeszcze godzinę później, gdy okazuje się, że basista zaparkował samochód tuż pod komisariatem policji i dwie godziny potem, kiedy to Kaoru obrzuca ich najwymyślniejszymi epitetami, bo zapomnieli o sesji zdjęciowej do nowego singla. Die - Tak, Kaoru. Tak, tak. Powinieneś z nim o tym poważnie porozmawiać. A może od razu pierścionek kup, co? Więc weź go do łóżka i udowodnij, że jest gejem, a potem wyznaj dozgonną miłość. Już go wziąłeś?! To skoro już po wszystkim, to Kaoru opowiedz jak było, to może pomogę ci bardziej… Bezczelny? Nazwałbym się raczej niosącym pomoc, przyjaznym kumplem… Wzdycha, słysząc stłumione przekleństwo ze strony lidera i sygnał rozłączonego połączenia. Mruży oczy zaciekawiony, czując niepokojący zapach spalenizny. Czyżby o czymś zapomniał? Och… Pizza… Spanikowany biegnie do kuchni, żeby wyciągnąć zwęglony kawałek ciasta. Chichocze nerwowo, czując jak gorące resztki pizzy parzą jego palce. Upuszcza ciasto na podłogę. A przecież to miał być jego obiad! Wkurzony chwyta za leżący na szafce portfel i już po kilku minutach siedzi w tanim barze szybkiej obsługi, zajadając się niezdrowymi fast-foodami. Die macha ręką do wokalisty, który z niezbyt radosną miną wszedł do lokalu. Kyo opadł ciężko na krzesło naprzeciw niego, chowając twarz w dłoniach. - Jest niezdecydowanym imbecylem. Kompletnie nie wie, czego chce. – mruczy nadzwyczaj wściekłym głosem, łamiącym się gdzieś w połowie jego słów. - Zauważ, że z tobą jest podobnie. Chociaż… - Die milknie na chwilę, żeby przegryźć kawałek cheeseburgera - Właściwie to nie. Z ciebie jest niezły egoista w przeciwieństwie do niego. - Takiego pocieszenia potrzebowałem. – prycha Kyo. - Masz. – Die podsuwa mu pod nos jedną frytkę, szczerząc do niego rząd równych białych zębów - Będzie dobrze. Tylko wy tacy trochę tępawi jesteście. Trochę… Ale tobie z tępą miną jest przeuroczo. - Die… - zaczyna groźnie wokalista, ale przerywa mu dzwoniący telefon. - O. Kaoru. – Die zapala papierosa, wsłuchując się w wyjątkowo drastycznie brzmiący głos lidera – Niezdecydowany? Wiesz, że jakbym to gdzieś już słyszał? Doprawdy? A wiesz co? Weź może mu pozwól być na górze! Kaoru… Ej, Kaoru… Nie rozłączaj się! O… Rozłączył się. - Coś ty mu nagadał, ty tępa ruda szczotko do podłogi? – wrzasnął Kyo, ciągnąc gitarzystę za grube pasmo włosów. - Nic. Ja po prostu jestem szczery i otwarty. – mruczy Die, odpychając od siebie dłonie blondyna. - O tak, szalenie. – warczy Kyo, podrywając się z miejsca. Kaoru Zmęczonym wzrokiem wpatruje się w swój kalendarz. Opiera dłoń o czoło, czując pulsujący w skroniach uporczywy ból. Coś poszło nie po jego myśli, a on doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Miał zając się setkami ważnych spraw, podczas gdy jego myśli skupione były na czymś zupełnie innym i dalekim od nich. I o ile nigdy specjalnie mu to nie przeszkadzało, to teraz stało się to nieznośnym problemem. Zerka mało uważnie na zegarek. Jest spóźniony. A właściwie to będzie, jeśli szybko nie dojedzie do centrum miasta, co w godzinach szczytu było nie lada wyczynem. Zrywa się więc z miejsca, chwytając za szarą teczką i plik dokumentów. Zamyka drzwi, w pośpiechu wybiega z budynku, by zdążyć na metro. Wzdycha z ulgą dopiero, gdy stoi pod budynkiem firmy fonograficznej. Dochodzi godzina czwarta, a on nie jest spóźniony. Po spotkaniu uśmiecha się do samego siebie z satysfakcją. Chociaż tyle mu się udało. Zniecierpliwiony zagląda do swojego notesu. Została mu jeszcze wizyta w redakcji czasopisma, które bezprawnie wykorzystało ich zdjęcia. Że nie zabił na miejscu menadżera, który uznał to za idealną reklamę, to tylko cud, a właściwie uścisk basisty go powstrzymał. Chociaż głowa boli go niemiłosiernie, to od kilku minut stoi w miejscu, zarzekając się, że nie odłoży tego na dzień następny. Nadzwyczaj silna wola tym razem przegrywa. Czując się, jakby ktoś znalazł sobie oparcie na jego ramionach, wraca do domu. Ma wrażenie, ze kolana uginają się pod nim, gdy przy drzwiach swego mieszkania zastaje siedzącego na schodach Kyo. - Ochroniarz mnie wyganiał. – odpowiada wokalista na jego pytające spojrzenie. – Wiesz, że wpuścił mnie tutaj, jak mu zapłaciłem? Lider wzdycha cicho, gdy Kyo przytula się do niego. Uśmiecha się delikatnie, zrzucając z twarzy charakterystyczną dla siebie maskę wiecznej obojętności. I wie, że jest trudny. Wie, że z całym swoim władczym charakterem często sprawia, że ludzie mimo respektu, jakim go obdarzają, są do niego nastawieni wrogo. Wie jednak też, że gdyby nie ten jego nieprzyjemny charakter, to może dziś nie byliby tutaj, uważaliby się za zupełnie obcych ludzi. Bo razem tworzą coś będącego sprzeczną z wszystkimi zasadami i prawami antyharmonią.
komentarze [4] czwartek, 20 marca 2008, 01:01:51 # Taki dom, tylko dla nas.Paring: Toshiya/Kaoru [Dir En Grey] Gatunek: romans, komedia Ostrzeżenie: +13. ja myślę ^^ Od autorki: Każdy potrzebuje schronu, każdy potrzebuje domu. Trochę o tym, jak to jest molestować bezbronnego lidera ^_^ Takie rzeczy pisze Gienek, gdy pani Wena idzie sobie gdzie pieprz bądź czekolada rośnie. - Kupiłem dom. – oznajmił pewnego dnia Toshiya, wprawiając Kaoru w dziwny stan zdumienia i otępienia jednocześnie. - Dom? – lider zerknął na wyświetlacz telefonu, by upewnić się, czy aby na pewno wciąż rozmawiał z zawsze beztroskim basistą swojego zespołu – Dom… Zawsze twierdziłeś, że dwupokojowe mieszkanie to dla ciebie stanowczo za dużo... - Tak było kiedyś. – uciął mu Totchi radosnym tonem. Kaoru niemal widział w wyobraźni jego wesołą twarz i oczy zmrużone delikatnie, jak zawsze, gdy rozmawiał przez telefon. Tym razem ten widok wzbudzał w nim chęć wyrzucenia telefonu za okno. – Teraz dużo się zmieniło, KaoKao. Lider poczuł niemiłe ukłucie gdzieś w okolicy serca. Na usta cisnęło mu się jedno, zwyczajne, ale i bardzo żałosne według niego pytanie: - Masz kogoś? Między nimi zawisła niepokojąca cisza, by chwilę potem zostać zmąconą cichym chichotem basisty i sygnałem przerwanego połączenia. Kaoru zgniótł w dłoni pączek bordowej róży, rozsypując jej płatki na białym dywanie. - A może pomożesz mi przy remoncie? Właściwie nie wiadomo, jakim cudem się zgodził. Może to przez ten uśmiech, jaki posłał mu wtedy Totchi. Dla takiego uśmiechu gotów byłby zerwać dla niego przysłowiową gwiazdkę z nieba, a nawet słońce, które zdawało się bardziej odzwierciedlać temperament basisty. Toshiya twierdził, że zgraja fachowców popsułaby idealną energię domu. Wkrótce jednak całe Dir En Grey zajmowało się remontem. A Totchi tylko cudem uniknął pomalowania kuchni na czarno, bo Kyo akurat przydarzył się tak zwany dobry dzień. Kaoru nie miał nawet pojęcia, jak ktoś tak delikatny, jak Toshiya może tak po prostu ze śmiechem układać terakotę na podłodze, czy glazurę na ścianach łazienki. Lider nie mógł powstrzymać ciepłego uśmiechu, gdy upaćkany farbą Totchi przypadkiem [a może całkiem specjalnie…?] wpadł w jego ramiona. A potem Toshiya, uśmiechając się zawadiacko zaproponował pomalowanie jego sypialni na czerwono. Kaoru uznał, że ten uśmiech to tylko wytwór jego wyobraźni. Chorej wyobraźni na dodatek. - Ładne łóżko. – wyszczerzył się do niego basista, ciągnąc go za ramię w stronę okrytego kremową pościelą wielkiego małżeńskiego łoża. - Masz przecież łóżko w mieszkaniu. – odparł Kaoru, usiłując zasłonić dłonią rumieniec, który nagle pojawił się na jego twarzy. Naprawdę nie miał żadnego wpływu na swą zbyt bujną wyobraźnię. – Nie możesz go przewieźć tam? - Ten dom ma być urządzony na nowo, Kaoru. Poza tym tamto łóżko jest za małe. – Totchi objął go ramieniem, a jego ciepły oddech owiał delikatnie kark lidera, wywołując u niego przyjemne dreszcze. – Podoba ci się, KaoKao? - Tamto białe było ładniejsze. – wymamrotał gitarzysta, wysuwając się pospiesznie z jego objęć i idąc szybko w kierunku schodów. Basista uśmiechnął się krzywo, bezczelnie wpatrując w jego zgrabny tyłek i szczupłe rozkołysane biodra. - Jest ślepy. – stwierdził głośno Shinya, wychodząc z Die’m zza masywnej dębowej szafy, ściskając w dłoniach komplet bordowej satynowej pościeli. - Myślicie, ze powinienem urządzić parapetówkę? Die wcale nie krył się z badawczym spojrzeniem, które posłał liderowi. Kiwając głową, wyszczerzył się do basisty. Toshiya zrozumiał aluzję. Chwycił za swój bas i zaintonował pierwsze dźwięki Bottom Of The Death Valley. Die tylko cudem nie parsknął śmiechem, gdy skupiony na swojej gitarze Kaoru wciął się w jego solówkę. Lider posłał mu groźne spojrzenie. Ku zaskoczeniu pozostałych odstawił gitarę w kąt i bez słowa wyszedł z sali. - O! To ja sobie pójdę. Śpiący jestem. Tak trochę… - wymruczał Kyo, ziewając przeciągle. – Totchi, mógłbyś go tak dłużej trzymać w niepewności? Przyzwyczaiłem się do tych godzinnych prób... - Nie ma szans, Kyo. – uśmiechnął się złośliwie basista, przyglądając się podłużnej rysie na gitarze Kaoru. – Dziś nie ma szans. - A mógłbyś chociaż przerżnąć go tak, żeby odwołał jutrzejszą próbę? Jutrzejszą… I tą w poniedziałek… I we wtorek… I cały tydzień, tak hurtem! - Wiesz co? Nad tym się jednak zastanowię. Kaoru zaklął siarczyście, uderzając w klakson samochodu. Nie dość, ze od piętnastu minut był spóźniony, to jeszcze teraz stał w korku w centrum Tokio. Westchnął, gdy sznurek samochodów przesunął się zaledwie o trzy metry. Żadne znaki na ziemi i na niebiosach nie wskazywały na rychłe przyspieszenie jazdy tego korowodu samochodów. A on przecież obiecał Totchiemu, że będzie o dziewiętnastej, jak reszta, Tymczasem wpakował się w wyjątkowo nieznośny korek, a jego komórka rozładowała się przed kilkoma minutami, gdy usiłował zadzwonić do basisty i przeprosić za spóźnienie. Na widok pustej wąskiej uliczki skarcił się za własną głupotę. Skręcił w nią, ustępując miejsca innemu kierowcy. Najwyżej pobiegnie. Samochodem i tak pewnie dotarłby tam zaledwie po północy. I najwyżej ktoś zrobi sobie używkę z jego auta. Wcisnął kluczyki do kieszeni i ruszył w kierunku pobliskiego teatru – bo tędy wiodła najkrótsza droga. Zdyszany stał przed wielką czarną bramą prowadzącą do domu basisty. Mokre kosmyki włosów lepiły mu się do czoła. Z całą pewnością nie wyglądał tak, jak chciał się przed basistą pokazywać. Och, zauważył go. Tego mu jeszcze brakowało. Toshiya podszedł do bramy tanecznym krokiem, roześmiał się pogodnie na widok przyjaciela. Wciągnął go na teren posesji i objął ramieniem, prowadząc do domu. Lider nie był specjalnie pewny, czy półgodzinny bieg, czy to właśnie on sprawiał, że uderzyło go dziwne uczucie gorąca. - A gdzie chłopaki? – spytał tępo, zauważając, ze w salonie wcale nie gra muzyka, jest pusto i brakuje nawet ich stałych towarzyszów imprezowych wieczorów – chipsów i piwa. – Zachorowali? – nawet nie od razu zdał sobie sprawę z naiwności swego pytania. - Można tak powiedzieć. Chcesz się przebrać? Wziąć prysznic? – nie czekając na odpowiedź zdjął z jego ramion sztruksową marynarkę – Czuj się jak u siebie! Czy on zdaje sobie sprawę z tego, jak jednoznacznie to wszystko brzmi? - Zrobię herbatę. I poszukam ci czegoś do przebrania. – oznajmił mu Totchi, znikając za drzwiami swojej sypialni. Wyjrzał jeszcze na chwilę, lustrując go wzrokiem. – Mówiłem, żebyś wziął prysznic. Jesteś zmęczony – odprężysz się. Kaoru zrobił głupią minę. Jakoś nie potrafił odprężyć się, wiedząc, że jest u niego całkiem sam, a jego myśli nagle zbiegają na ten niebezpieczny tor. Zrezygnowany nieco powlókł się w stronę łazienki, zdejmując z siebie przepoconą koszulkę. Może Toshiya miał jednak rację. Deszcz zimnych kropel spływających po jego ciele wcale nie ostudzał myśli, jakie go nachodziły. Serce nadal łomotało w nieskładnym rytmie, a oddech był płytki. Gromadzone w płucach powietrze zdawało się parzyć go niemiłosiernie. Podporządkował się nieposłusznej nadal wyobraźni, sprawiającej, że czuł przy sobie jego obecność, czuł łakomy wzrok i dłonie… Przesunął ręką po idealnie płaskim brzuchu, wzdychając cicho. Głośne pukanie wyrwało go ze świata błogich fantazji. - Kaoru, mogę wejść? Zapomniałem dać ci ręczników… Lider w myślach pobłogosławił fakt, że szkło kabiny prysznicowej jest nieprzezroczyste. - Jasne. – mruknął zduszonym nieco głosem. Toshiya, nucąc coś pod nosem, wszedł do łazienki. Zostawił ręczniki na szafce tuż przy wejściu i albo mu się zdawało, albo basista był tam o chwilę za długo niż ręczniki od niego wymagały. - Dobrze się czujesz, lider-sama? – spytał Totchi, stawiając przed nim talerz ze słodkimi tostami i kubek gorącej mocnej herbaty. - Jasne. – odparł brunet głosem wypranym z wszelkich emocji. - Bo wiesz… Dziwnie się ostatnio zachowujesz. – stwierdził zaglądając mu prosto w oczy. Metr, który ich dzielił wydał się nagle zbyt niewielką odległością.. – Unikasz mnie, Kao. A ja nie rozumiem nawet dlaczego. - Nie unikam cię, Hara. – basista zachichotał się wyjątkowo złowieszczo. – Jesteś przewrażliwiony. - Ale pomyśl tylko… - pochylił się nad Kaoru i oparł dłonie na blacie stołu po obu stronach jego ramion. Lider skulił się nieco spięty, czując jak chłodny oddech Totchiego owiewa jego szyję. Z niemałym trudem utrzymał w dłoni porcelanowy kubek. – Kiedy na próbach coś mówię, ty obrzucasz mnie dziwnym wzrokiem. Przy remoncie nie mogłem nawet spytać o głupi kolor ścian. Nawet Die się starał, między innymi próbował mi wcisnąć różowe szafki kuchenne. A tobie wszystko było obojętne. - To twój dom, Toshiya. – odpowiedział wymijająco lider. - To nasz dom, Kaoru. Krzesło uderzyło o podłogę z głuchym łoskotem. Gitarzysta szybko opuścił kuchnię, potykając się o jakąś niewidzialną przeszkodę. Toshiya pokręcił głową zrezygnowany, zapalając pozostawionego przez niego papierosa. Tymczasem Kaoru zastanawiał się, czy mówiąc nasz, basista miał na myśli cały zespół. Toshiya rozsunął jasnożółte zasłony. Do salonu w wpadły ostre promienie popołudniowego słońca, brutalnie budząc śpiącego na kanapie Kaoru. Lider skrzywił się, zasłaniając twarz grubym kocem. - I wcale nie mam ci za złe tego, że wczoraj w nocy opróżniłeś połowę zawartości mojego barku. – zakomunikował basista, podając mu butelkę wody mineralnej – Pij, dobrze ci zrobi. Kaoru łapczywie opróżnił zawartość butelki, nadal skrywając się pod kocem. Wiedział jednak, że basista ciągle bacznie mu się przygląda. Chyba nawet się uśmiechał. Skarcił się zaraz – przecież on prawie zawsze jest uśmiechnięty! Toshiya usiadł na kanapie tuż obok niego. Wsunął dłoń pod koc, by odnaleźć jego rękę i zacisnąć się na niej. - Wiesz, jeśli chodzi o zespół to idzie ci doskonale. - stwierdził ciepło – Ale marny z ciebie obserwator. Potrafisz zgadnąć, kiedy nie zajrzałem w nuty, które dałeś mi ostatniego wieczora, czy bez podnoszenia głosu postawić nas wszystkich do pionu, gdy nikomu nie chce się grać. Ale ty za dużo myślisz, za dużo analizujesz i nie umiesz przez to prawidłowo odbierać pewnych… sygnałów. A zawsze myślałem, że jesteś bystrzejszy. Bez pytania oplótł go ramionami i przyciągnął do siebie. Lider odwrócił wzrok speszony bezpośrednim zachowaniem basisty. Nie rozumiał, a może nie chciał zrozumieć. Zadrżał, czując wargi młodszego muskające delikatnie jego kark. Nie odepchnął go jednak od siebie. Nie zrobił nic, co wskazywałoby na to, że cała ta sytuacja mu nie odpowiada. - Kochasz mnie, Niikura. – stwierdził basista, jakby była to rzecz najbardziej w świecie normalna, jakby mówił o czymś tak rzeczywistym jak to, że woda wrze w temperaturze stu stopni. Kaoru nie odpowiedział. Wtulił się mocniej w pierś przyjaciela, szukając w jego ramionach od dawna poszukiwanego ciepła i schronienia. Zakleszczył się wokół tak ciasno, żeby basista nie mógł od niego odejść. - Spokojnie, Kaoru… Gitarzysta zadrżał mocniej. Oparł głowę na ramieniu Toshiyi i pozwolił, by głupia pojedyncza łza spłynęła po jego policzku. A przecież on nie płakał. Silny i zawsze pewny siebie lider nigdy się nie łamał. Basista uspokajająco gładził dłonią jego plecy. - Wiesz po co to wszystko? – spytał nagle – Wiesz dlaczego kuchnia jest w odcieniach zieleni, a na stole stoi bukiet świeżo ściętych lilii? A te meble w salonie? Kiedyś mówiłeś, że lubisz antyki, ale nigdy nie możesz nic znaleźć. I te zasłony… - Takie jak u Shinyi? - Takie same. Wiesz co to znaczy? Kocham cię, Kaoru. Oczywiście, że cię kocham. – wyznał poważnym tonem. – I dlatego ze mną zamieszkasz. To będzie taki dom, tylko dla nas. Za drzwiami zostawimy wszystkie zbędne problemy, tu będzie nasza ostoja, schronienie. Tu będziesz budził się w moim ramionach i zasypiał z moim oddechem na karku. A ja zawsze będę.. Zawsze, gdy tylko będziesz chciał – będę… - Toshiya? – przerwał mu nagle zniecierpliwiony Kaoru. - Tak? - A mógłbyś przerwać ten monolog i pokazać mi w końcu jak bardzo mnie kochasz? Irytujący dźwięk telefonu zbudził Kaoru ze snu. Niezbyt przytomnie przesunął dłonią wzdłuż miękkiego dywanu w poszukiwaniu źródła uporczywego dźwięku. Nie wiedząc czemu, uśmiechnął się sam do siebie, czując pod palcami znajomy kształt komórki. -Toshiya? – usłyszał odległy głos w słuchawce, ale nie potrafił wywnioskować, do kogo należał. – Totchi, jesteś? - Kto? – spytał tępo lider, nie bardzo wiedząc z kim o czym rozmawia. - O. Kaoru. Jak miło cię słyszeć. – złośliwy chichot uświadomił gitarzystę, że ma do czynienia z Kyo. – Powiedz, jest dziś próba? - Jaka próba? - No… Kaoru, nasza próba… - Próba… - powtórzył sennie lider, spoglądając na basistę, który nagle rozbudzony przesuwał palcami po jego nagim torsie – Ach, ta próba… - Próby nie ma, Kyo. – przerwał Toshiya, wyrywając liderowi telefon z ręki - I próby nie będzie przez najbliższy tydzień, tak jak sobie życzyłeś. 14.03.-16.03.2008
komentarze [5] niedziela, 9 marca 2008, 10:31:34 # Drogi liderzeParing: Kai/Aoi [the GazettE] Gatunek: komedia, lemon Ostrzeżenie: łagodne sceny erotyczne, może być przesłodzone xD Od autorki: Siedziałam z przesłodzoną herbatą i zastanawiałam się kto i dlaczego jest liderem w danym zespole. Ja też chcę być liderem! (i mieć w zespole tak seksownych muzyków ^_^). Tak przy okazji to tutaj jest pierwszy mój skończony lemon i jest okropny. xDD - Przeczytaj jeszcze raz! – zawołał Ruki, usiłując wyplątać się z gąszczu kabli, którymi kilka minut wcześniej związali go przyjaciele. - Ekhm… Drogi liderze… - Reita przez moment usiłował utrzymać powagę, ale okazało się to jednak dla niego zbyt wymagające, więc po chwili wybuchnął śmiechem – To może kochany liderze? - A może od razu seksowny liderze? – podrzucił usłużnie Ruki, uśmiechając się niewinnie. - Nie przesadzaj. – mruknął Aoi, pociągając mocniej za jeden z kabli i z satysfakcją patrząc jak ten zaciska się na klatce piersiowej wokalisty – Nawet dla niego to zbyt miłe. Ruki zaskomlał beznadziejnie, patrząc błagalnym wzrokiem na Uruhę, który z założonymi rękoma obserwował jego niewątpliwe cierpienie i bezskuteczne próby oswobodzenia się. Reita tymczasem z szatańskim wręcz uśmiechem wpakował list do wściekle różowej koperty i podpisał ją imieniem perkusisty. Nie nacieszył się nią zbyt długo, gdyż Aoi bez pytania zabrał ją z jego ręki. Położył kopertę na perkusji Kai’a, zastanawiając się, czy będzie dobrze widoczna już od wejścia. Po dłuższym namyśle uznał, że oparcie jej o coś stabilnego będzie najlepszym rozwiązaniem. Reita wrzasnął za gitarzystą, gdy ten bez pytania chwycił za jego aparat i postawił na jednym z bębnów. Przytrzymany przez Uruhę nie zdążył się nawet na niego rzucić i zabić. Znalezienie nowego równie kompetentnego gitarzysty nie byłoby łatwe, ale twierdził, że aparat jest ważniejszy… - No to musimy wychodzić pojedynczo. – oznajmił Uru, zaciskając dłoń na ramieniu wściekłego basisty. - No jasne… Dlaczego?! – Ruki nerwowo szarpnął za kable, które najwyraźniej nie chciały go uwolnić. Ot tak – złośliwość rzeczy martwych. - Gdyby zobaczył nas wszystkich, od razu poszedłby za nami. – wyjaśnił Reita, wyrywając się z oplatających go ramion gitarzysty – Wiesz, że on wcześnie przychodzi, więc możemy się go spodziewać w każdej chwili - Ty potrafisz mówić z sensem! – skomentował złośliwie Aoi. Basista posłał mu wrogie spojrzenie. Uruha machnął na nich ręką, całkowicie nieprzyjęty wiszącą w powietrzu bójką tudzież kłótnią. Podszedł do wokalisty, by oswobodzić go z krępujących jego ciało kabli. Ruki przyjął to z wyraźną ulgą, co jednak nie przeszkodziło mu w popchnięciu blondyna na podłogę i stwierdzenia, że dziś jest na górze. - W twoim przypadku marzenia mogą zaboleć. – prychnął Uruha, zaciągając się zabranym wcześniej Reicie papierosem i wydmuchując dym prosto w twarz Ruki’ego. – Wracając do tematu: wychodzimy co pięć minut. Jak Kai zobaczy jednego z nas, to pomyśli, że go po coś wysłaliśmy. – chłopaki skinęli mu głową zgodnie. – Więc… Więc ja idę pierwszy. – dodał, podnosząc się z podłogi, zrzucając przy okazji z siebie wokalistę – Aoi, ty ostatni, bo masz klucze! - Ale… Ale zanim powiedział coś więcej, Uruhy już nie było. Wciśnięcie kluczy nieodpowiedzialnym przyjaciołom nie wchodziło nawet w grę. Zrezygnowany usiadł na kanapie, mrucząc coś wulgarnego pod adresem drugiego gitarzysty. Reita i Ruki zaczęli się wykłócać o to, który wyjdzie pierwszy, co i tak nie miało sensu, bo każdy inteligentny człowiek, przebywający w tej sali wiedział, że będzie to basista. Być może doszłoby do bardziej zaawansowanych rękoczynów, gdyby nie Aoi, który wypchnął bardziej hałaśliwego Rei’a za drzwi. Ruki nawrzucał mu jeszcze kilka najwymyślniejszych epitetów, po czym zajął się wpatrywaniem w zegar wiszący na ścianie. - Boże… - westchnął Aoi, kierując wzrok ku paskudnie pomalowanemu sufitowi – Za jakie grzechy? - Jesteś ateistą, Aoi. – przypomniał mu złośliwie Ruki. Gitarzysta spiorunował go wzrokiem, ale już się nie odezwał. Bez słowa wziął ze stołu kubek kawy, by napić się z niego. Zakrztusił się jednak zaraz, wypluwając czarną ciecz do naczynia. Tylko Reita pije przesłodzoną, zaczął więc nabierać podejrzeń, że basista naumyślnie zostawił na stoliku niedopitą kawę. Aoi rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś zjadliwego, co nie byłoby tygodniową kanapką Uruhy. Wzdrygnął się, gdy jego wzrok natrafił na Ruki’ego. Wokalista z całą pewnością nie nadawał się na pełnowartościowy obiad. - Idę sobie. – burknął nagle obrażony Ruki, podnosząc się z kanapy - Bo… - Bo nikt cię tu przecież nie potrzebuje. – dokończył za niego Aoi. - Coś w ten deseń. Zapomniałeś dodać, że nikt mnie nie rozumie. Głos Zespołu zaklął siarczyście, gdy zupełnie przypadkiem zamiast otworzyć drzwi, uderzył o nie głową. Wymruczał ciche pożegnanie, po czym zataczając się nieco wyszedł z sali. Gitarzysta odetchnął z ulgą dopiero, gdy kroki Ruki’ego na korytarzu zamilkły. Oczy zabłysnęły mu niezdrowo, gdy zauważył nietknięte przez Uruhę sushi. Zadowolony z siebie i dobrej woli opatrzności, wziął w dłoń pudełko i zaczął dłubać w nim jednorazowymi drewnianymi pałeczkami, stwierdzając, że nie ma pojęcia, czemu wyszedł z domu bez śniadania z powodu telefonu od Reity. Znudzonym wzrokiem zerknął na zegarek. Było już po południu, a on nawet nie był spakowany. Co prawda tydzień to nie tak dużo, ale kilka rzeczy wziąć ze sobą wypadało. Chociaż nie przypadł mu do gustu pomysł chłopaków, to jednak zgodził się z nimi. Cóż – męska solidarność. Gdyby mógł zaoferowałby się, że zostanie z Kai’em i przypilnuje, by nie zdenerwował się aż tak bardzo. Nie chciał jednak swoim zachowaniem wzbudzać niczyich podejrzeń. Wystarczyło mu to, że lider naprawdę dziwnie się czasem zachowywał, gdy zauważał, jakim wzrokiem gitarzysta czasem na niego patrzył. Prawda była taka, że mu na perkusiście nieziemsko zależało. Ale ciężko byłoby się do tego przyznać, gdy sam jeszcze tego nie akceptował. Potępiał się za to, co czuje na widok Kai’a. Beształ się za swoje myśli, próbował zdusić to w sobie. Ale z bijącym szybciej sercem ciężko było wygrać, gdy Kai był tak blisko, zaledwie na wyciągnięcie ręki. Odegnał od siebie dziwne myśli i wyjrzał za drzwi pewien tego, że zaraz wróci spokojnie do domu. Przeliczył się jednak dość znacznie. W korytarzy pobrzmiewały znajome, lekkie kroki perkusisty. Aoi jęknął sfrustrowany, trzaskając drzwiami. Zamknął je od środka na klucz, stwierdzając, że śmierć z rąk lidera mogłaby być pewną sadystyczną przyjemnością, jednak jego plany życiowe nie kończyły się na takim wydarzeniu. Bez zastanowienia rzucił się w kierunku składziku, w którym przeważnie palili. Kai tam nie zaglądał. Przez niedomknięte drzwi obserwował, jak lider szarpie się z wiecznie zacinającym się zamkiem. Nie wyglądał na specjalnie zdenerwowanego, czy poirytowanego tym faktem, gdy w końcu minął próg pomieszczenia. Uśmiechał się w ten swój rozczulający sposób, przeczesując palcami niesforne, opadające na czoło czarne kosmyki. Sennym nieco wzrokiem rozglądał się po sali. Zmrużył wzrok, zaciekawiony pudełkiem z sushi leżącym na kanapie. Nie spodziewał się przyjaciół tak wcześnie, ale ten widok go zaintrygował. Zwłaszcza, że wczoraj to on zamykał salę. Kai instynktownie zerknął w stronę swojej perkusji. Aoi był pewny, że z jego ust usłyszał słowo, wyrażające chęć morderstwa pozostałych członków the GazettE. - Uhm… Seksowny liderze? – w głosie Kai’a brzmiało wyraźne zażenowanie, gdy na głos odczytywał treść listu wyjętego z różowej koperty - W związku z tym, że… Wakacje?! – Kai otępiony wpatrywał się w tekst. Z każdą mijającą sekundą wyglądał na coraz bardziej zszokowanego. Aoi nie chcąc narażać się liderowi, cofnął się w głąb niewielkiego pomieszczenia. Westchnął cicho, spoglądając na podłogę. Przez chwilę zastanawiał się, czy po ostatniej trasie wogóle tam sprzątali, gdy poczuł nieprzyjemny ścisk w gardle. Cichy kaszel dotarł do lidera, gdy ogarniała go niebywała chęć dokonania okrutnego mordu na przyjaciołach z zespołu. Drgnął, zaskoczony hałasem. Zaniepokojony rozejrzał się po pustej sali, nie bardzo wiedząc skąd dźwięk dochodzi. Już miał powrócić do lektury listu, gdy usłyszał głośny kaszel, zgrany ze skrzypnięciem drzwi schowka. Na podłodze tuż pod jego nogami wylądował Aoi. Zdziwienie tym seksownym czarnowłosym znaleziskiem minęło jednak na wspomnienie o wakacjach. Zmrużonymi gniewnie oczyma patrzył, jak gitarzysta próbuje się podnieść i powstrzymać atak kaszlu. Brunet szybko jednak zorientował się z wymiaru kłopotów, w jakie właśnie się wpakował. - O. Kai. – zaczął odkrywczo, gdy już udało mu się opanować kaszel – Ja tylko… - Ja tylko… Planuję teorie spiskowe przeciwko liderowi? Bezczelnie dyktuję Reicie co ma pisać? Śmiem pojawiać się o liderowi na oczy i narażać na długą i okrutną śmierć z jego rąk? - Może nie tak barwnie… Perkusista chwycił bruneta za kołnierz koszulki i podsunął mu pod nos kolorową, drobno zapisaną kartkę. Aoi patrzył na niego niewiedzącym wzrokiem, jakby z listem nic nie miał wspólnego. - Gnidy. – mruknął Kai, przyglądając się swojemu gitarzyście, który usiłował przywołać u siebie tą charakterystyczną minę niewiniątka. Zupełnie jak wtedy, gdy oznajmiał mu, że coś stało się jego perkusji. - Ale to Ruki kazał napisać, że jesteś seksowny! – zaprotestował Aoi, wyrywając się z ramion przyjaciela. - A ty nie uważasz, że jestem seksowny? – spytał podejrzliwie lider, zaciskając dłoń na ramieniu pobladłego nieco gitarzysty. - Nie no… - zająknął się Aoi. Uniósł wzrok gdzieś ponad Kai’a – Ja miałem tylko drzwi zamknąć… - Pogrążasz się, wiesz? Aoi przełknął głośno ślinę i pokiwał głową. - A teraz mam nadzieję, że powiesz mi, gdzie się wybieracie i dlaczego akurat do domu rodziców Reity na wsi. - A… A mógłbyś na mnie nie siedzieć? - Jasne. – Aoi odetchnął z ulgą – Ale tylko wtedy, gdy przyrzekniesz na swojego nowego ESPa, że nie uciekniesz. - Uhm… - Właśnie. No więc? - Mieliśmy… Tak na kilka dni, no wiesz… - Nie wiem, Aoi. - I tam mieliśmy robić imprezy, palić do woli, kupić dużo piwa… - I? - I zrobić konkurs, kto wypije najwięcej… - Idioci. - Przyjaciół się nie wybiera. – Aoi wyszczerzył zęby w uśmiechu i chwycił lidera za rękę – Zostaw mnie, co? Gitarzysta chciał zepchnąć go z siebie, lecz po dłuższej szamotaninie wylądował przyciśnięty przez Kai’a do podłogi. Lider uśmiechał się krzywo, gdy Aoi szarpnął się, by go uderzyć. Ta uległa część jego osobowości nie pozwalała mu na odtrącenie Kai’a. Szeroko otwartymi oczami patrzył na twarz pochylonego nad nim przyjaciela, wykrzywioną w nieładnym grymasie. Jęknął zaskoczony, gdy Kai wsunął kolano między jego uda. Odwrócił wzrok, nie chcąc patrzeć mu w oczy. Na jego policzki wypełznął upokarzający szkarłatny rumieniec. Wymruczał coś niezrozumiałego, czując chłodne palce perkusisty przesuwające się z delikatnością po wewnętrznej stronie jego uda. - Kai… - wyszeptał zduszonym głosem, z trudem maskując to, jak pobudzała go ta cała sytuacja. - Tak? – lider podniósł na niego wzrok, nie zaprzestając łagodnej pieszczoty. - Zostaw… Nagle zafascynowany Kai wsunął język między ciepłe wargi przyjaciela. Zbyt zszokowany Aoi nie zaprotestował, pozwalając mu na łapczywe pogłębienie pocałunku. Dłoń lidera zacisnęła się na metalowej klamrze u paska gitarzysty, a on sam oderwał się od niego tylko na chwilę, by spojrzeć w jego przestraszone nieco oczy. - Nie zrobię ci krzywdy… - nie czekając na odpowiedź, wsunął dłoń pod krawędź czarnych bokserek przyjaciela. Zacisnął dłoń na wyprężonej męskości Aoi’ego, wyrywając z jego piersi głośny jęk. Scałował z jego warg ciche westchnienie, kierując drugą rękę w stronę drobnych guzików granatowej koszuli. Przyspieszony oddech i głośne bicie serca bruneta były dla niego najlepszą odpowiedzią. Rozpiął koszulę z trudem, nie mogąc opanować drżenia rąk. Świetnie zdawał sobie sprawę z tego, ze z każdym jego dotykiem, Aoi staje się mu coraz bardziej uległy. Spił z jego ust resztki niepewności, przesunął subtelnie wargami po odkrytej klatce piersiowej, przygryzając delikatnie pociemniałe sutki. Zsunął z niego spodnie i bokserki, zauważając jak rumieniec na twarzy gitarzysty zdawał się pociemnieć. Bez słowa zamknął usta na jego członku. Aoi zduszonym głosem wyszeptał imię perkusisty, wsuwając palce w jego włosy. Kai zmrużonymi oczami zerkał na wykrzywioną w błogiej ekstazie twarz Aoi’ego. Jego imię szeptane w gorączkowym szepcie wydawało się najbardziej upajającym afrodyzjakiem. Gitarzysta jęknął przeciągle, czując rozlewającą się po jego ciele falę przyjemności. Kai oblizał wargi językiem uśmiechając się do niego iście nieprzyzwoicie. Brunet przyciągnął go do siebie, nadal oddychając ciężko. Muskał jego usta w krótkich, nadzwyczaj łakomych pocałunkach, zrywając jednocześnie jego koszulkę. Dłonie Aoi’ego powędrowały ku spodniom lidera. Niecierpliwie szarpnął za zamek, gdy perkusista zamknął mu usta brutalnym pocałunkiem. W pośpiechu pozbyli się pozostałych ubrań. Z piersi Aoi’ego wyrwał się niemal zwierzęcy krzyk, gdy Kai naparł na niego bez przygotowania. Wyrywał się z jego uścisku, czując jak pod jego powiekami zbierają się łzy. Kai wtulił go mocniej w siebie, całował uspokajająco, dłońmi przesuwając łagodnie po jego plecach. Aoi zadrżał, czując jak lider porusza się w nim. Drżał, czując ogarniający go nieludzko przyjemny ból, doprowadzający do szału, ekstazy. Kai chwycił go w dłoń, pieszcząc w rytm własnych pchnięć. Aoi doszedł z głośnym jękiem, krzycząc jego imię i plamiąc dłoń lidera perłowym nasieniem. Kai opadł na niego oddychając ciężko. - Kocham cię… - wyszeptał gorączkowo i tak cicho, że prawie niedosłyszalnie. Całował go delikatnie, na jego policzkach widać było ślady po wyschniętych łzach. Aoi odepchnął go od siebie. Może trochę zbyt gwałtownie. Kai wyglądał, jakby ktoś spoliczkował go siarczyście, jakby stracił właśnie coś ważnego – ostatnią szansę. Westchnął, podnosząc się i rozglądając za swoimi porozrzucanymi ubraniami. Aoi wsunął na siebie spodnie, przyglądając się mu. Miał wrażenie, że Kai wyraźnie unika jego wzroku. Wyglądał na speszonego, najwyraźniej chciał jak najszybciej wyjść z sali. - Przepraszam Aoi… - wyszeptał Kai pustym głosem, zaciskając dłoń na klamce. – Ja… Przepraszam. Już miał wyjść, gdy Aoi znalazł się tuż przy nim i wtulił mocno w jego plecy. - Zostań. – westchnął, opierając głowę na jego ramieniu – Proszę, zostań. Lider stał spięty, nie potrafiąc odnaleźć sił, by ruszyć się z miejsca. Milczał, ale jego serce znów biło jakoś tak szybciej. Warga drżała mu nieznacznie, gdy czuł przyjemnie ciepłe ciało gitarzysty. Dłonią odszukał jego dłoń, gdy ten szepnął ponownie: - Cokolwiek o tym pomyślisz... Też cię kocham. Kai westchnął cicho, przyciskając dłoń gitarzysty do swej piersi. Serce lidera biło szybkim rytmem, a na jego twarzy pojawił się blady uśmiech. - Ale ich i tak zabiję. – powiedział ciepło, słysząc irytująco głośno dzwoniący telefon Aoi’ego. 16.02.-08.03.2008 r. a teraz zmykam do stolicy naszego ciemnogrodu. i nie wierzę, że to wkleiłam.
komentarze [5] niedziela, 2 marca 2008, 19:39:00 # Pokaż mi swój uśmiech, a powiem ci czy to miłość.Paring: Saga/Nao [alice nine. ] Gatunek: obyczaj Od autorki: Z uwagi, że są tak wysoko w rankingu moich wykonanych wykonawców. Jak mogłabym o nich nie napisać? ;] Tak po części to w ramach akcji „no more angst”, która tak naprawdę nie istnieje, więc nie musicie się martwić – mam w rękawie jeszcze kilka angstów. xDD Nao z rozmarzonym uśmiechem spogląda na przyjaciela, który od godziny męczy się z zerwaną struną u basu. Jego dłonie są już całe w zaczerwienionych rysach, powstałych, gdy struna z wdziękiem odrywała się od klucza. Saga mruczy coś obraźliwego pod adresem gitary, która mimo wielkiego uczucia, jakim ją darzy, okazała się głucha i nieczuła na jego prośby. Perkusista przysiada się do niego i z czułością kładzie dłoń na ramieniu przyjaciela. Rozproszony Saga jęczy cicho, gdy struna z charakterystyczną sobie delikatnością uderza w jego rękę. Odwraca się, na widok Nao kąciki jego ust unoszą się lekko. Saga bezczelnie spycha Hiroto z wygodnej kanapy, na której kilka minut po koncercie ulokował się zmęczony perkusista, wraz ze swoim zielono-różowym notatnikiem. Chłopak z zaciekawieniem usiłuje spojrzeć przez ramię Nao, który zaraz niecierpliwie odpycha go od siebie. - Zawsze chcesz czytać mój pamiętnik. – mruczy perkusista z wyrzutem, zaciskając dłoń na nadgarstku przyjaciela. - Liczę na to, że w końcu napiszesz coś ciekawego. – odpowiada Saga, szczerząc się do niego radośnie. - A uważasz, że nie piszę ciekawie? – pyta Nao, przyglądając się mu zmrużonymi oczyma. - Uważam, że opisujesz za mało pikantnych szczegółów. Nao wykrzywia twarz w dziwnym grymasie. Bez ostrzeżenia chwyta przyjaciela za szyję i celuje grubym zeszytem w jego głowę. Histeryczny chichot Sagi szybko zamienia się w wulgarne pojękiwania i błagania o jeszcze. Patrzący na nich Tora puka się w głowę, a na usta natrętnie ciśnie mu się słowo idioci. Mruczy coś pod nosem i powraca do lektury książki. W zatłoczonym klubie panuje nieprzyjemnie duszna atmosfera. Nikt nie zwraca uwagi na grupkę rozbawionych i nieco już pijanych chłopaków. Shou chwieje się nieznacznie, więc asekuruje się pomocnym ramieniem Tory. Nao sennie podpiera się o stolik, mieszając palcem w kolorowym drinku. Hiroto mruczy coś do siebie wpatrzony w jaskrawy sufit. Nao nagle zaniepokojony rozgląda się za Sagą, który zniknął mu z oczu przed kilkoma minutami. Dziwnie zmartwiony o potencjalny tragiczny los basisty podnosi się z krzesła. Wzdryga się zaskoczony, słysząc znajomy głos dobiegający z głośników. Ze strachem rozgląda się za czymś w rodzaju sceny, by ujrzeć tam Sagę wesoło śpiewającego do mikrofonu. Krzywi się nieznacznie, gdy chłopak ze śmiechem posyła mu całusa. Nao nie przepada za klubami z karaoke, a tym bardziej nie przepada za słuchaniem upojonych alkoholem, śpiewających przyjaciół. Uśmiecha się jednak wpatrzony w basistę, który chwilę potem zeskakuje ze sceny i znika gdzieś w tłumie. Zawiedziony nieco Nao wzdycha cicho, już chce wrócić do chłopaków, gdy nagle wyrasta przed nim Saga. Saga uśmiechnięty i wyglądający na bardziej trzeźwego niż przed chwilą. No tak. To przecież Saga. - myśli Nao, pozwalając przyjacielowi na pociągnięcie się w stronę baru. Basista zaciąga się papierosem, czując na sobie karcące spojrzenie lidera. Niewzruszony wypuszcza dym z ust, uśmiechając się przy tym wyjątkowo paskudnie. Nao wzrusza ramionami, włącza telewizor i siada na kanapie, zaledwie metr od basisty. Wydaje się całkowicie skupiony na oglądanym anime. Nie zwraca nawet uwagi na Sagę, który gasi papierosa i przysuwa się do niego. Zupełnie nie reaguje na dłoń basisty, która w łagodnej pieszczocie przesuwa się po jego policzku. Saga mruży oczy poirytowany zachowaniem przyjaciela. Zanurza palce we włosach perkusisty i całuje go delikatnie w policzek. Nao odpycha go dopiero wtedy, gdy chłopak próbuje wsunąć dłonie pod cienki materiał jego koszulki. Uśmiecha się jednak promiennie, będąc nadal wpatrzonym w telewizor. - Śmierdzisz papierosami. – wzdycha lider, podciągając nogi pod brodę i opierając głowę na swoich kolanach. - Pachnę papierosami. – poprawia go basista, pusząc się nieco. - Papierosy nie pachną, Saga-sama. Basista odwraca się oburzony. Przez delikatną zasłonę do małego hotelowego pokoju wpada blade światło księżyca. Jest późna noc, a Saga przygląda się Nao, nie mając odwagi by zapalić lampkę nocną, stojącą na szafce. Basista nie chce zakłócać jego spokojnego snu. Siada więc na podłodze przy łóżku i po prostu patrzy. Studiuje z uwagą jego łagodne rysy twarzy, które i tak od dawna już zna na pamięć. Nao mruczy przez sen coś, co Saga klasyfikuje jako jedną z ich piosenek, nie mogąc zdecydować którą. W świetle księżyca Nao zdaje się być piękniejszy niż zwykle. Jest piękny nawet bez scenicznego makijażu, z całą tą swoją naturalnością i subtelnością. Pogrążony we śnie lider uśmiecha się nagle. Saga słyszy swe imię w jego ustach. - Ty naprawdę wyglądasz jak Kubuś Puchatek, gdy śpisz. – uśmiecha się z czułością, pochylając się nad przyjacielem. Saga chce go pocałować, gdy nagle Nao otwiera oczy. Uśmiech jednak nie znika z jego twarzy. To miłość. Zdecydowanie. 2.03.2008
komentarze [6] piątek, 22 lutego 2008, 18:03:11 # Specyficzny rodzaj nienawiściParing: Mello/Near Gatunek: angst Ostrzeżenie: - Od autorki: Tak mi się go jakoś żal zrobiło. Potrafisz nienawidzić? Z pewnością. To pytanie było zbędne. Przecież każdy potrafi. A wiesz może, czym tak naprawdę jest miłość? Bo widzisz… Miłość to taki specyficzny rodzaj nienawiści. Nienawidzisz kogoś, chcesz, żeby cierpiał, jednocześnie pragnąc, by należał tylko do Ciebie. Pragniesz tego kogoś każdym calem swego ciała i umysłu, pożądasz, choć nie masz do tego żadnych praw. A na końcu nienawidzisz. Zupełnie tak jak ja. Zawsze byłeś ode mnie lepszy. Wzbudzałeś we mnie zazdrość. To Ty byłeś tym cudownym dzieckiem – następcą L. Przez Twoje zdolności zawsze dostawało mi się to żałosne drugie miejsce. Naprawdę, wolałbym być najgorszy, niż drugi, zaraz po Tobie. Nie chciałem nawet z Tobą współpracować. Nie chciałem korzystać z okazji by się do Ciebie zbliżyć, prawdopodobnie byłem też zbyt dumny, zbyt wyniosły. I chociaż L nie wybrał przed śmiercią żadnego z nas dwóch, to moja nieszczęsna duma nie pozwalała mi na pracę z Tobą. Za wszelką cenę chciałem tym razem być od Ciebie lepszym. L miał jednak rację, nie wybierając żadnego z nas. Osobno nie jesteśmy w stanie mu dorównać. Dopiero razem możemy dokończyć jego dzieło i pozbyć się Kiry. I nawet nie wiem czy chcę ci pomóc właśnie z tego powodu. Może tak nie jest… Może ja po prostu chcę się dla ciebie poświęcić, bo wiem, że to, co czuje i tak nie powinna istnieć. Chcę… Bo cię kocham. Bo nienawidzę. I jeśli to czytasz, ja już nie żyję. I jestem w końcu szczęśliwy. Martwy i szczęśliwy. Paradoksalne, czyż nie? Jestem pewien, że czujesz teraz satysfakcję, skazując Kirę na śmierć. Cieszy mnie to. Ciekawe czy pomyślałeś o tym, co zrobiłem. Ciekawe czy zatęsknisz… Wiadomość wysłano – głosił napis na wyświetlaczu telefonu, gdy bijące w szalonym rytmie serce Mello nagle zamarło.
komentarze [6] poniedziałek, 18 lutego 2008, 19:23:28 # ObserwatorParing: - Gatunek: angst Ostrzeżenie: - Od autorki: Dość pretensjonalne, tak myślę. Z pewnym wyjątkiem kojarzy mi się z… Nie powiem, bo będzie, że zawsze mu się dostaje ^^ I jak widać: nowy szablon. Nie działa poprawnie w IE. Zostałem obserwatorem. Waszym piątym kołem u wozu. Byłem taki dosłownie i w przenośni. Milczałem, gdy o coś pytaliście. Udawałem, że nie usłyszałem. A może nawet czasem przytaknąłem. Zgadzałem się z wami tylko po to, byście uznali, że wszystko jest tak jak być powinno. Dołączyłem do was ostatni i zapewne pierwszy odczuwam jak źle jest. Banalne kłótnie niszczą was między sobą, a ja milczę. Czekam aż pozostanie po nas tylko marny pył, bolesne wspomnienia i ta szpecąca skaza na życiorysie. Milczę, gdy po raz kolejny coś się w nas łamie. Milczę nawet wtedy, gdy dowiaduje się, że wszystko przeze mnie. A ja nic nie zrobiłem, więc uśmiecham się tylko krzywo, w bezczelny sposób. Zrzucacie na mnie winę, chociaż ja wcale nie interesowałem się tym, co działo się między wami wszystkimi. Pewnego dnia spełniło się moje marzenie. Wykrzyczeliście sobie jakieś bzdury, a potem poszliście w swoje strony. I chociaż zostałem pomiędzy wami, nawet nie czułem się rozdarty. Nie myślałem gorączkowo, komu przyznać rację. Po prostu wybuchnąłem histerycznym śmiechem, upadając na kolana. Śmiałem się. Z was. Z samego siebie. Patrzę na muchę wijącą się pod szklanką, w której właśnie została przeze mnie zamknięta. Walczy, rzuca się o ściany naczynia, ale pod przykryciem zostaje coraz mniej powietrza. Uśmiecham się. Też dusiłem się w podobny sposób. Tylko, że ja dusiłem się atmosferą, ciszą i brakiem porozumienia. A wy, podobnie jak ja teraz nie zrobiliście nic, by pomóc. Patrzyliście tak, jak ja na was patrzyłem, gdy nie interesowało mnie nic więcej poza samym sobą. Cóż za egoistyczne podejście do życia… I znowu się śmieję. Mucha opada na stół. Przez chwilę wije się jeszcze po powierzchni blatu, ale zaraz zamiera w bezruchu. A ja jako obserwator nie robię nic. Przyglądam się. Wszystko toczy się bez mojej ingerencji. Może czasem tylko zakończę żywot czegoś, co mnie nie obchodzi.
komentarze [2] środa, 6 lutego 2008, 22:03:35 # Znowu.Paring: - Gatunek: angst Ostrzeżenie: +16 Pd autorki: AU nie skończyłam. A to wychodzi z pod mojego długopisu, gdy mój humor jest taki nijaki. Czyli angstowania ciąg dalszy. Coś wstrząsa moim ciałem nieprzyjemnie. Ach tak, to znów ten sam ból. Pojawia się zawsze, gdy wychodzisz, nie zwracając uwagi na moje łzy. Znów tego nie powstrzymuję. Szlocham histerycznie, rzucając się po jeszcze boleśnie ciepłym łóżku. Kiedy pierwszy raz dotknąłeś mnie w ten sposób uderzyłem cię w twarz. Oddałeś. Zabolało tak bardzo, że z trudem utrzymałem się na nogach. A potem bez pytania sięgnąłeś po to, co chciałem dać tylko temu, kogo pokocham. Nie interesowały cię łzy, grymas bólu na mojej twarzy. Potraktowałeś mnie jak zabawkę, z którą można zrobić cokolwiek się człowiekowi zamarzy. I – jak się okazało – potraktowałeś mnie w ten sposób nie ten jedyny raz. A ja milczałem, pozwalając ci na to wszystko, chociaż nigdy tego nie chciałem. Moje ciało krzyczało, gdy każdym ruchem rozrywałeś je na strzępy. Kulę się na łóżku zupełnie nagi, bezbronny. Jak dobrze, że dziś już nie wrócisz… Zastanawiam się czy znowu uda mi się ubrać i nadzwyczaj powolnym krokiem dojść na próbę. Ty nie powiesz nic – jak zwykle. Skiniesz mi tylko głową, jakby to, co dzieje się prawie każdego poranka wcale nie miało miejsca. On jak zwykle będzie pogodny. Uśmiechnie się, zaproponuje kawę, poklepie przyjaźnie po ramieniu. Bo przecież o niczym nie wie. Jak ma wiedzieć, skoro ty wszystko tak skrzętnie potrafisz przed nim ukryć, a ja milczę. Bo wstydziłbym się powiedzieć cokolwiek na ten temat. Nawet nie wiem, czy by uwierzyli. Przecież zawsze tak wspaniale manipulowałeś ludźmi. Mną też manipulujesz. Kiedy kilka godzin później zmierzam na próbę, dalej czuję ból. Tym razem pozostał już tylko ten psychiczny, o wiele trudniejszy do zniesienia. Bo przez ciebie moja psychika bardzo osłabła. Chłodny wiatr wieje prosto w moje zmęczone od płaczu oczy. Próbuję przywołać tą codzienną maskę uśmiechu. Skutek jest jednak marny. Postanawiam udawać najzwyczajniejszy zły humor. Jest znacznie łatwiej. W sali zastaję niepokojącą ciszę. On milczy, jest wyraźnie przybity. Ty pustym wzrokiem patrzysz gdzieś ponad drzwi. Pozostali milczą, wpatrując się we mnie pytająco. - Coś się stało? – pytam niby to obojętnie, ale w moim głosie czai się coś zdradliwego. - Dlaczego nic nie powiedziałeś? Więc jednak. Czuję jak kolana uginają się pode mną. Nie chcę tego… Nie chcę! Ale upadam na kolana i zaczynam szlochać. Nagle wyrzucam z siebie wszystko, co więziłem w sercu od kilku miesięcy. Krzyczę. Szeptam. Płaczę. Nie podnoszę wzroku. Wiem, ze patrzą na mnie. Niedowierzają, gdy wdrążam ich w nadal bolesne szczegóły. Ale ty nie protestujesz, więc wierzą. Każdym słowem wymierzam ci bolesny policzek. Nie wytrzymuję twego milczenia. Myślisz, że jesteś niewinny?! Gwałtownie podnoszę się z podłogi. Wypatruję cię zaszklonymi od łez oczyma. Mógłbyś chociaż zaprzeczyć, żebym mógł znów wykrzyczeć ci, jak bardzo cię nienawidzę? Kiedy rzucam się w twoją stronę, żeby chwycić cię za ramiona i… Ale ty uderzasz mnie pierwszy. Przez chwilę nie dociera to do żadnego z nas dwóch. Ktoś odciąga mnie od ciebie. On… Drżę. Wrzeszczę. Wyrywam się. Uspokaja mnie jego ciepły oddech na karku, który czuję zaledwie przez sekundę. Znów mnie uderzyłeś. A ja znów nie byłem w stanie się bronić, gdy późnym wieczorem całkowicie pijany wtoczyłeś się do mojego mieszkania. Tyle, że tym razem już się nie obudziłeś.
komentarze [3] sobota, 2 lutego 2008, 18:40:21 # WygrałeśParing: Kira/L Gatunek: angst. taka to miniaturka Ostrzeżenie: - Od autorki: Kira. Bo przecież nie Light.. A miało być AU. Ale to następnym razem, gdy już je skończę. o ile skończę. Bledniesz. Bledną twoje delikatne usta, a nawet skóra, która i zawsze wydawała mi się niemal śnieżnobiała. No proszę. Nigdy nie potrafiłeś mi zaufać, a teraz wyjawiłeś mi swoje imię. Ale nie tak od razu. Zupełnie jakbyś chciał kolejny raz przekonać się o moich umiejętnościach. I o tym, że Kira jest godny walki z tobą. A więc jestem godny tej walki. A ty wiedziałeś co zrobię. Chyba nawet tego chciałeś. Przez chwilę widziałem na twej twarzy coś na kształt satysfakcji. Teraz patrzysz na mnie tymi pustymi czarnymi oczami. Zastygłeś w bezruchu patrząc na mnie. Przez chwilę jeszcze rozumiałeś co do ciebie mówiłem. A ja słyszałem głośne bicie twego serca. I słowo daję, że była to najtragiczniejsza melodia, jaką w życiu poznałem. I wiem, że to nie trwało czterdziestu sekund. Odniosłem wrażenie, że minęły całe wieki zanim twoje serce zamilkło. Z twoich ust usłyszałem tylko stłumione podziękowanie. Nie rozumiałem. Dopiero gdy pochylałem się nad twoim martwym ciałem, dotarło do mnie co chciałeś przez to osiągnąć. Bo nagle wszystko straciło swój pierwotny sens. Zabawa w boga stała się bezsensowna, gdy nikt już nie był w stanie mnie zdemaskować. Zeszyt nagle wydał mi się bezużyteczny. Podnoszę wzrok, czując na sobie spojrzenie Ryuka. Śmieje się. Dokładnie w ten sam sposób, w jaki śmiał się, gdy okazywałeś się sprytniejszy ode mnie. Widzę jak pisze coś w swoim zeszycie. I nie potrafię go powstrzymać. Bo wiem na kogo przyszedł czas. Wygrałeś, L - myślę, upadając na podłogę tuż obok ciebie.
komentarze [4] favs clubs Authoress Last.fm archive 2008 styczeń (8) luty (4) marzec (4) kwiecień (3) maj (1) czerwiec (1) lipiec (1) sierpien (1) obrazek wykonany przez nią zatem trzymaj swoje łapki z daleka od html i grafiki. Szablon dostosowany do przeglądarki Opera i FireFox Mozilla. W Internet Explorer może nie wyświetlać się poprawnie. |
|